Gdzieś między Atlantykiem a Pacyfikiem
czyli Ameryka Północna 2010




część 1 część 2 część 3 część 4 część 5



A gdy zabrakło już krajów w Europie, zrodziła się we mnie szalona myśl o podróży za Wielką Wodę… Ech te marzenia… Wciąż do mnie lgną, a ja za nic nie potrafię się od nich uwolnić... Czy jednak w tym przypadku była jakakolwiek szansa, aby i ten kolejny, ambitny plan zrealizować? No cóż – w pojedynkę na pewno nie. Ilość spraw związanych ze zorganizowaniem tego typu przedsięwzięcia jest przecież ogromna, nie mówiąc już o kosztach. Wydawało mi się więc, że jedynie jakiś cud musiałby się wydarzyć, aby to życiowe marzenie mogło się spełnić… A jednak...


Właściwie to wszystko przez Anię…
Ania Skóra – moja koleżanka mieszkająca od wielu lat w kanadyjskim Toronto, zjawiła się w moim domu w sierpniu 2009. Korzystając z jej kilkutygodniowego pobytu w Polsce – postanowiliśmy wspólnie zaprosić na „moje włości” Brać Motocyklistów z Bogatyni i okolic oraz Koleżanki i Kolegów z lat szkolnych, na obchody „którychś-tam” – Ani i moich – urodzin. Frekwencja dopisała, a jednym z gości był także „klasowy” kumpel – Stefan Gajda, który przybył na Nadbrzeżną na swoim Harley’u, bo to jest taki sam „wariat motocyklista” jak ja.
Następnego dnia po imprezie – już w wąskim gronie (Ania, Lila, Stefan i ja) – rozmawialiśmy głównie o tym jak to w tej Kanadzie jest. Ania gorąco zapraszała nas do siebie abyśmy, choć kilka dni, wspólnie spędzili w Toronto. Podobały mi się te jej zachęty i namowy – Stefanowi także – ku mojej radości… Od tamtego pamiętnego urodzinowego spotkania, związaliśmy się ze Stefkiem jakimś niewidzialnym „amerykańskim powrozem”, albo raczej lassem i postanowiliśmy na serio podejść do rozpoznania tegoż tematu. Wielokrotnie zmienialiśmy plany ewentualnej trasy. Wielokrotnie kłóciliśmy się o pierdoły i poważne kwestie, ale najważniejsze było to, że krok po kroku brnęliśmy dalej i dalej i dalej… W końcu wspólny „plan marzeń” uzgodniony: Zaczynamy od Kanady (Toronto i pobliskie miasta, ale jeszcze bez motocykli), potem lot do USA (San Francisco) i tu odbieramy „zaklepane” motorki, na których wykonujemy rundę po południowo-zachodnich stanach, również z nadzieją na odwiedzenie Meksyku. Łoooł!!! – Ależ piękny plan!!! Czas biegł szybko, a wraz z jego upływem przybywało naszej wiedzy i jednak raczej pewności, że to może się naprawdę udać! Momentem przełomowym, co do podjęcia przeze mnie ostatecznej decyzji odnośnie wyjazdu, był fakt niespodziewanego przypływu kasy. Jubileuszowa premia za trzydziestolecie pracy, była gwarantem zabezpieczenia wszelkich wydatków – hurrrraaaa!!!! Od tej chwili machina ruszyła na całą parę. Główną siłą napędową przy załatwianiu konkretnych spraw, zarówno na polu wyboru i rezerwacji połączeń lotniczych jak i wynajmu motocykli, zajmował się oczywiście Stefan – zna się chłopak na rzeczy, a przede wszystkim zna angielski, a jak wiadomo – bez angielskiego w tamtych stronach – ani rusz… Najważniejsza sprawa czyli otrzymanie wiz, zależało już nie od nas, dlatego wyjazd (na początku lutego 2010) do krakowskiego Konsulatu USA, podszyty był lekkim niepokojem i niepewnością ale także – mimo wszystko – radością, ponieważ był to już ten przysłowiowy pierwszy poważny krok w stronę Ameryki… W krakowskim hotelu zameldowaliśmy się wieczorem w dniu 05.02.2010. Do późna rozprawialiśmy o jutrzejszym spotkaniu z konsulem, nie tracąc przy tym dobrego nastroju – hihihi…
Następnego dnia, przekraczając progi konsulatu nie spodziewałem się, że pójdzie aż tak szybko i gładko. Łącznie pół godzinki oczekiwania w kolejce – oczywiście siedząc w wygodnych fotelach, a następnie przemiła rozmowa z panem konsulem, który to – jak się okazało – również był zapalonym motocyklistą!!! Wiedział, że zamierzamy przemierzać Stany na motorkach (pisaliśmy o tym we wniosku wizowym) i dlatego o nic więcej już nas nie pytał lecz tylko z zapałem podpowiadał i doradzał, które miejsca najlepiej zwiedzić i którymi drogami powinniśmy się poruszać, aby nie przeoczyć rzeczy pięknych. No nie można sobie chyba wymarzyć bardziej przyjemnej (trwającej jakieś 3 – 4 minuty) rozmowy w sprawie uzyskania wizy do USA. Po dwóch tygodniach otrzymaliśmy paszporty z wklejonymi „przepustkami”, a więc  pozostało już tylko zakupić bilety lotnicze, skompletować niezbędny ekwipunek, spakować manatki i odliczać czas do wyjazdu – jaba-daba-duuuuu!!! Ostateczną datę wylotu w moją pierwszą w życiu podróż za Ocean Atlantycki, ustaliliśmy na dzień 22 maja 2010.


Przeddzień wyjazdu – 21.05.2010

Dziś – w przeddzień wyjazdu koniecznie pragnąłem spotkać się z Józkiem w Opolnie Zdroju i uścisnąć Przyjaciela z ławy szkolnej, który bardzo gorąco (i skutecznie) do tej wyprawy za Wielką Wodę mnie namawiał i duchowo wspierał. Józeczku – pamiętaj –jadę tam także dla Ciebie i z Tobą i z naszymi młodzieńczymi marzeniami w serduchu… Do zobaczenia Dżozef!!!
Mój ukochany piesek – „Czoper’ek” – i tym razem również nie zostanie bez opieki. Tradycyjnie zajmie się nim głównie Jacenty, a że razem z Magdą i Krasnalami mają już kilkuletnią wprawę w napełnianiu żarcia do „czoperowej miski”, zatem mogę być zupełnie spokojny o jego psi los. Dzięki Ci „Chrześniaku-wielkoludzie” i wszystkim pozostałym Przyjaciołom Czopera!!!
Stefan z Ivą zjawili się na Nadbrzeżnej późnym popołudniem.  Wypakowanie stefkowych bagaży, mała kawusia, chwila rozmowy i niestety pożegnanie z Ivą, ponieważ musiała szybko wracać do Wrocławia – ech, te obowiązki służbowe.

My natomiast nakręcaliśmy się „piwnie-pozytywnie” bodaj do 23-ej, potem trochę snu, ale od około trzeciej nad ranem, byliśmy ponownie już na nogach.


Dzień pierwszy – 22.05.2010

Sławek Lipowski – przyjaciel z lat szkolnych – zgodnie z umową, podjechał pod mój dom „wypasioną skodziną” bladym świtem, punktualnie o piątej. Zatem pakujemy bagaże,


a po wspólnej „małej czarnej”, wyjeżdżamy spod domu. Czuje drżenie z emocji – ymmm… Kierunek dzisiejszego, pierwszego etapu to Drezno, a konkretnie – drezdeński terminal lotniczy. W trakcie wesołych pogawędek i żartów, podróż mija szybko i oto jesteśmy na lotnisku.
Dzięki Sławeczku za okazaną pomoc i skrupulatną „fotograficzną opiekę” nad preludium naszej wyprawy!… Czynności związane z odprawą, zajmują trochę czasu i fatygi ale to przecież normalne zjawisko. Najważniejsze jednak, że wreszcie wszystkie „odlotowe formalności” są już za nami.




A to już ostatnie fotki na terminalu w Dreźnie zrobione przez Sławka,




a po chwili kolejne – tym razem już zrobione przeze mnie z „przestworzy” wiodących w kierunku Frankfurtu (Stefek chrapał aż miło)…



No to lecim! We Frankfurcie lądujemy po dwóch godzinach. Mamy sporo czasu do kolejnego w dniu dzisiejszym lotu… Spacerujemy więc trochę po terminalu, a to znów przysiadamy do kawy i tak w kółko, aż do powtórki z porannych celebracji związanych z odprawą, tzn., wizyta w kontrolnych bramkach, odprawa bagaży, kontrola osobista, wypełnianie jakichś kwitów,  itd…
I znów wszystko poszło gładko – yes-yes-yessss… Wreszcie z megafonów płynie komunikat dla pasażerów lotu Frankfurt – Toronto: „Prosimy wsiadać – drzwi zamykać” – hihihihi… Nie trzeba było nas dwa razy namawiać… Ruszamy z kopyta i po chwili zajmujemy przysługujące nam – zgodne z numeracją biletu i fotela – miejsce na pokładzie „statku powietrznego” linii Canadian Lines. Miałem niestety „małego” pecha co do miejsca, ponieważ przypadło mi siedzieć obok takiego wielkiego grubasa, że w zasadzie jeden z jego półdupków zajmował trzy czwarte mojego fotela, a do tego facet zasunął firankę na okienku i podczas całego lotu nie widziałem nic innego jak tylko jego tłustą i spoconą gębę, a co gorsza podstarzałe stewardessy również nie grzeszyły urodą –bleeeee… Pasy zapięte, huk silników obwieszczających swoją moc, ruszenie z miejsca i trochę „trzepotania” po płycie lotniska, by wreszcie wzbić się wysoko, wysooko, wysoooko, coraz wyżej… Piękne uczucie oraz piękne widoki nie tylko zachwycają ale także pojawia się to miłe wzruszenie ściskające gardełko – lecimy do Kanady!!!


W Toronto lądujemy bodaj około godziny trzynastej tutejszego czasu. Pomimo, iż Kanady nie będziemy przemierzać na motocyklach (niestety), to jednak przecież byliśmy w tym kraju i spędziliśmy w nim kilka wspaniałych dni wśród Przyjaciół. Odwiedziliśmy także kilka pięknych i ciekawych miast, a także bajecznych i malowniczych miejsc, wobec tego nie sposób nie opisać tych chwil i nie pokazać tych miejsc właśnie tu – na Stronie Motocyklowej Braci… Być może dzięki temu, poniższe zdjęcia i opisy również staną się inspiracją dla Waszych planów podróżniczych?… Aneczka czekała na nas na lotnisku. Przywitanie z nią było wzruszające i pełne radości. Gdy skończyła się odprawa i opuściliśmy wreszcie terminal, Ania przygotowała nam niespodziankę w postaci objazdowej wycieczki po Toronto – jej ukochanym mieście. Wrażenia wspaniałe – ot choćby tu z centrum Toronto:







albo z wieży CN Tower:














lub z najsłynniejszej w całej Ameryce Północnej gorzelni – Gooderham & Worts:







tudzież z niesamowitego centrum hokejowego (Sam Pollock Square):









Cały dzień nie mogłem się napatrzyć na to wszystko co mnie otacza ale też prawie nie wierzyłem, że w ogóle tu jestem… Wieczór należał także do tych, których nie zapomina się nigdy… W gościnnych progach Ani domu przywitaliśmy się najpierw z Gosią czyli jej młodszą córką, a po kilkudziesięciu minutach dołączyła do nas Iwonka Łożyńska, która również od wielu lat mieszka w Toronto (a przecież jeszcze „nie tak dawno temu”, chodziliśmy razem do bogatyńskiego LO).


Po rozlokowaniu się w pokojach i ogólnym „ogarnięciu się”, zasiedliśmy wszyscy razem przy kawie i pysznych wypiekach, wspominając do późnej nocy to wszystko, co od dawna nas łączy. Górowała przede wszystkim radość ze spotkania, przechodząca w podekscytowanie i wzruszenie… Zdążyliśmy również zapoznać się z sąsiadami Ani, tzn. z Mirkiem i Marylką, którzy mieszkają dosłownie „za ścianą”. Marylka także pochodzi z Bogatyni, a więc mieliśmy wiele wspólnych wspomnień i tematów. Nie wiem dlaczego i jak to się stało, że nikt nie zrobił zdjęć w trakcie tego spotkania.
Nie pamiętam już o której położyliśmy się do łóżek ale wrażenia z pierwszego dnia pobytu w Toronto oraz wyobrażenia dotyczące kolejnych dni, które mamy spędzić w Kanadzie długo jeszcze nie pozwalały mi tej nocy zasnąć...


Dzień drugi – 23.05.2010

Poranek rozbłysnął pięknym słońcem i śpiewem kolorowych ptaków… Nie lubię zbyt długo w łóżku leżeć, wstaję więc i na paluszkach – co by nie obudzić „śpiochów” – schodzę na parter, a następnie wychodzę na zieloną trawkę przed tarasem. Ymmm - huśtaweczka, fajeczka, browarek – ech… Żyć nie umierać!…
W końcu wszyscy już na nogach. W trakcie śniadania Ania podaje trochę więcej szczegółów, dotyczących planów na dzisiejszy dzień. Otóż szykuje się wyjazd do tzw. „Kanadyjskiego Zakopanego” czyli do Collingwood, a po drodze mamy również „zahaczyć” o miasto Creemore znane z browaru, w którym produkuje się wyśmienite piwo. Niam, niam, niam – zapowiada się ciekawie – hihihi… Śniadanie zakończone, załoga (w składzie Ania, Gosia, Ika, Stefek i ja) gotowa, a więc jeszcze tylko kilka wspólnych fotek przed Ani domem



(a przy okazji – w związku z suszą panującą od kilku dni w Toronto – pomagam Ani sąsiadce w podlewaniu wszystkiego co jest jeszcze zielone na jej posesji), no i wreszcie jedziemy.


Fajnie się tak „pruje” po jezdniach równych jak stół ale przystanąć i wrzucić co-nieco na ruszt – także nie zawadzi:
Dziś pogoda piękna, humory doskonałe, a więc droga do Creemore mija szybko i na wesoło. Będąc już na miejscu, autko zaparkowaliśmy tuż przy niewielkiej gorzelni. Od razu zrobiło się swojsko, a to dlatego, że jakieś „dziwnie znajome” pojazdy również tu parkowały:




Po krótkiej sesji fotograficznej dokonaliśmy degustacji miejscowych piw oraz wódeczek – doprawdy same pyszotki... Trzeba przyznać, że smakowite wyroby tu serwują lecz fotografowania wewnątrz urokliwego pomieszczenia, raczej sobie nie życzyli – no cóż – szkoda… Pokrzepieni i uradowani kupujemy kilka pamiątek (ja oczywiście rekwiruję kilka podkładek pod piwo), a po chwili ponownie ruszamy dalej w drogę. Zgodnie z planem, obieramy kurs na główny cel naszej dzisiejszej wycieczki, a więc Collingwood. Trzeba przyznać, że Ania świetnie radzi sobie za kierownicą. Mijają kolejne kilometry i kolejne piękne widoczki za szybą, aż wreszcie jesteśmy na miejscu. Miasteczko jest typowym kurortem turystycznym i rzeczywiście przypomina nasze Zakopane. Znajduje się tu wiele knajpek, straganów, deptaków, sklepików pamiątkarskich, pensjonatów








no i oczywiście górskich panoram, a także turystów –takich jak MY:








Po kilkugodzinnym spacerku dołącza do nas mąż Gosi, czyli Carlos. Skoro jesteśmy już wszyscy w komplecie, pora najwyższa, aby przysiąść w jednym z „ogródków piwnych” i zamówić obiadek. Tak też się stało, a to, że nazwy dania głównego nie pamiętam – to prawda, niemniej jednak nazwy i smaku lodowatego „kompociku z pianką” nie zapomnę nigdy – hyhyhy…
Po obiadku pożegnaliśmy się już z urokliwym Collingwood i pojechaliśmy do pobliskiego górskiego ośrodka narciarskiego w Blue Mountain. Będąc na miejscu, z drewnianego tarasu zachwycaliśmy się zarówno rozciągającą się panoramą otaczających nas gór jak i połyskującymi w oddali falami zatoki Georgian Bay, będącej częścią jeziora Huron Lake.







Świetnym pomysłem było również podjechanie nad brzeg zatoki i ochłodzenie się miłym i świeżym powiewem „morskiej bryzy”...



Słońce zwolna poczęło chylić się już ku zachodowi, a więc w doskonałych humorach, pełni pięknych wrażeń i widoków wracamy do samochodu i ruszamy w drogę powrotną do Toronto, do domu. Ania podczas jazdy informuje nas o „pewnej niespodziance”, która nas tam spotka. Ciekawe cóż to takiego?… Wkrótce wszystko się wyjaśniło. Otóż w trakcie kolacji nagle zadzwonił dzwonek do drzwi, a po ich uchyleniu się, w progu ukazała się kolejna znajoma buzia!!! Tak! – To Ewa Głowacka! Cóż za niesamowite spotkanie przyjaciół z czasów licealnych i to po tylu latach! I to gdzie?!… W Kanadzie!!! Nie sposób powstrzymać  łez wzruszenia…
Ewa wraz z małżonkiem Andrzejem, wyjechali do Kanady i zamieszkali w Toronto bodaj 25 lat temu… Zatem Ania, Ewa, Ika, Stefan i ja – „SUPER PIĄTKA” – znowu razem!
Niemal do rana nacieszyć się sobą nie mogliśmy, a żartów, śmiechów i zrywania boków przy tym nie brakowało… Doskonałą furorę zrobiła tego wieczoru peruka – hyhyhy…






To był wspaniały dzień!... Bodaj o trzeciej nad ranem znalazłem się pod kołderką…


Dzień trzeci  – 24.05.2010

Już od pierwszych chwil po przebudzeniu się, na mojej mordce widnieje uśmiech. Skąd ta radość? Ano stąd, że dzisiaj mamy jechać nad Niagarę… Jeszcze nie tak dawno temu, nawet trudno mi było o tym śnić, a dziś?... – A dziś nie będzie to już tylko piękny sen lecz najprawdziwsza prawda i jednocześnie kolejne spełnienie wielkich, młodzieńczych marzeń. Póki co, wszyscy jeszcze śpią, a więc na paluszkach schodzę do ogrodu i podlewam krzewy, kwiaty i trawkę. Czuję się tu u Ani dosłownie tak, jakbym był we własnym domu – wokół zieleń, na drzewach śpiewające ptaszki, ławeczka i stolik, przy którym już w tej chwili delektuję się poranną kawusią. Słyszę, że sąsiad Mirek także już krząta się przed domem, a więc idę do niego nie tylko „na pogaduchy”, ale i z małą prośbą. No przecież mam ze sobą flagietki i fajnie byłoby zabrać tę kanadyjską i polską ze sobą nad Niagarę. Problem w tym, że maszty, które wziąłem ze sobą z Bogatyni, są po prostu za długie. Mirek oczywiście znalazł odpowiednie druciki, a tym samym – ku mojej radości, „odwiecznej flagietkowej tradycji” – stanie się zadość. Dzięki Mireczku! Wkrótce budzą się „śpiochy”, a tuż po śniadaniu wyjeżdżamy w kierunku słynnego wodospadu.



Z Toronto do miasteczka Niagara Falls (to właśnie cel naszej wycieczki) nie jest bardzo daleko, bo zaledwie około 150 km ale mimo to jedziemy dosyć szybko, aby jak najdłużej pobyć i nacieszyć oczy „sławetną kaskadą”. Mniej więcej po półtorej godziny jesteśmy już na miejscu. Ze znalezieniem wolnego miejsca na parkingu kłopotów nie było.



Teraz już tylko kawałek drogi spacerkiem przez miasteczko i oto jesteśmy „u bram” wodospadu.
Już z oddali słychać szum i dudnienie potężnej masy wód przelewających się przez próg skalnego urwiska. W powietrzu czuć błogą wilgoć, która w obliczu upału jaki nam towarzyszy, staje się bardzo pożądana i bardzo miła.








Ależ cudny widok!!! Uffff… Coś pięknego!!! Wiwat Kanada!!! Wiwat Niagara!!!












No dobra – skoro widok z góry jest tak piękny, to i „od środka” także nie zawadzi sprawdzić jak to wygląda.















Oj! - Nie źle nas pohuśtało, pomoczyło, a nawet postraszyło ale fruwać ze szczęścia w takich chwilach, to zbyt mało powiedziane. W tym momencie zgadzam się w stu procentach z moim Przyjacielem Grzegorzem („grzesiekodm” z turystycznego Forum Odyssei), który często przytacza swoje motto życiowe: „Nie interesuje mnie to co stworzyła ręka człowieka, a jedynie to czego nie zdołała jeszcze zniszczyć”… Prawda, że jest to piękna myśl?… Mam nadzieję, że tego miejsca nikt i nigdy nie ośmieli się choćby nawet tylko palcem tknąć. Tymczasem zarówno panujący upał, rejs po Niagarze, a także długi spacer – troszkę nas już jednak zmęczyły, dlatego chwila błogiego "nicnierobienia" była bardzo wskazana.







No ale dosyć już tego leniuchowania – trzeba by przecież jakiś obiadek wciągnąć na ruszt. Ania proponuje nam knajpkę nad jeziorem Ontario w miejscowości Niagara-on-the-Lake. W takim razie zbieramy się. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie w kierunku Wodospadu Niagara i wracamy na parking.


Autko zaparkowane było w cieniu drzew, a wiec nie upiekliśmy się w nim zanim klimatyzacja zadziałała. Po drodze do Niagara-on-the-Lake zatrzymujemy się dosłownie na chwilkę przed sklepem z pamiątkami, bo jakże tak wrócić do domu bez pamiątek znad Niagary?... A przy okazji kilka fotek pośród indiańskich totemów.





W chwili, gdy dojechaliśmy do celu, zrodził się pomiędzy Anią oraz Iką „spór” o wybór knajpeczki. Ania od początku proponowała grecką, natomiast Iwona wolała chińską – ech te kobiety. W końcu zasiedliśmy do stołu w hinduskiej – hehehehe… Zrobiło się już dosyć późno, dlatego nad sam brzeg jeziora Ontario już nie poszliśmy, ale kilka poniższych fotek z „zabytkowego centrum” Niagara-on-the-Lake udało mi się pstryknąć.






OK. – najwyższa już pora wracać do Toronto tym bardziej, że Ika zaprosiła nas do swojego mieszkania na ciacho i winko, a więc w drogę! Tym razem za kierownicą zasiada Stefan i było – nie było, przez kilkanaście kilometrów po Kanadzie sobie przejechał.
Jednakowoż, to tak szczerze powiedziawszy, nie był to najlepszy pomysł. Cienko szła mu ta jazda i pasażerowie najedli się sporo strachu, dlatego też po jakichś 15 km znów za sterem zasiadła Ania – ufff ależ ulga. W Toronto zjawiliśmy się późnym popołudniem i podjechaliśmy prosto pod dom Iwony. W tym ogromnym budynku można się pogubić. W podziemnym kompleksie usługowo-handlowym można dosłownie kupić wszystko, a także skorzystać z wszelkiego rodzaju usług – od salonów fryzjerskich po serwis samochodowy. To jakby małe miasteczko w „katakumbach” pod budynkiem, w którym mieszka 1800(!!!) osób, a na 52 piętrze znajduje się… basen!.
W mieszkaniu Iki czekała na nas z poczęstunkiem jej córka Marta. Przy winie i słodkościach wspominamy wspólnie spędzone chwile pod gościnnym kanadyjskim niebem. Tak, niestety dziś już rozstajemy się z Iwonką. Mam nadzieję, że na kolejne spotkanie nie trzeba będzie długo czekać i że następnym razem spotkamy się już w moim domku – w Bogatyni. Bardzo serdecznie Cię Ikuniu zapraszam. Ostatnią wspólną fotografię wykonujemy na balkonie, z którego rozciąga się przepiękna panorama, kładącego się do snu – Toronto…



Żegnamy się więc serdecznie z koleżanką z ławy szkolnej i wracamy do domu Ani. Po piętnastu minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Gosia przygotowała na kolację bigos-rarytas. Zna się dziewczyna na kuchni – i to jak! Kurcze – ależ nam tu dobrze, aż żal będzie jutro wyjeżdżać. No ale przecież tak naprawdę, to od jutra zacznie realizować się zasadniczy cel naszej podróży po Ameryce Północnej. A tymczasem pora już zwijać się do spania. Pod zamkniętymi powiekami długo jeszcze przelewały mi się nieokiełznane masy wód dostojnego i przepięknego wodospadu Niagara…


Dzień czwarty – 25.05.2010

Dziś od samego rana pakowanie. Jeszcze raz rozglądam się wokół siebie i jeszcze raz sprawdzam czy niczego nie zapomniałem. Paszport jest, portfel jest, aparat jest, głowa na karku jest, a więc raczej wszystko jest (chyba) - hihihi. OK. – jestem gotów. Po śniadaniu żegnamy się z Gosią i pakujemy walizki do auta. Aneczka odpala maszynę, a zatem opuszczamy gościnne progi jej domu. Do odlotu mamy jeszcze sporo czasu ale Stefek koniecznie chciał pospacerować po tutejszym salonie Harley’a, a jak wiadomo szybko zrobić się tego nie da, zatem wyruszyliśmy odpowiednio wcześniej.



Jak się wkrótce okazało, to po przeciwnej stronie parkingu znajdował się jeszcze jeden salon, a więc i ja miałem okazję podreptać po „swojej marce”.
No tośmy sobie pozwiedzali do woli. Jednak czas płynie nieubłaganie i ni stąd ni zowąd zrobiła się już pora obiadowa. Ania zna swoje Toronto na pamięć, a więc bez problemów i błądzenia podjeżdżamy pod tajską restaurację w pobliżu lotniska. Oczywiście, że widelców nie było na stole ale za to nasza komiczna technika posługiwania się pałeczkami, wzbudzała zarówno śmiech jak i politowanie wśród obecnych. Jednak jakimś cudem daliśmy radę te wszyskie przysmaki z talerzy wydziubać, a dodatkowo ze stołu – wszystkie podkładki pod piwo zakosić – hyhyhy. No cóż – nic tu już po nas, a więc śmigamy na lotnisko. Obawiałem się tego, że bardzo trudno będzie rozstać się z Anią… Obawiałem się, że zaczną łzawić oczęta, że trudno będzie cokolwiek powiedzieć przez ściśnięte gardło i że w końcu się rozkleję, bo najtrudniejsze są rozstania… No i niestety moje obawy potwierdziły się… Aniu, tu z lotniska – jeszcze raz za wszystko Tobie dziękuję! Pa, pa, pa, pa…


Odprawa lotniskowa za nami, choć z małymi problemami ale co tam – najważniejsze, że już siedzimy w samolocie. Zatem lot po spełnianie kolejnych podróżniczych marzeń rozpoczęty! – Hurrrra!!! Możnaby oczywiście przespać te kilka najbliższych godzin podniebnej podróży, ale z przestworzy, ten nasz Świat wygląda po prostu tak pięknie, że aż żal byłoby takich widoków nie zobaczyć i „na kliszy” nie utrwalić.



Czyż nie budzą podziwu np. te potężne meandry rzeki Missisipi lub wyniosłe, pięknie ośnieżone szczyty Gór Skalistych?...




Około pięciu godzin trwał ten barwny spektakl różnorodnych krajobrazów począwszy od kanadyjskiego Toronto po kalifornijskie San Francisco, w którym oto właśnie w tym momencie wylądowaliśmy.


Nie pozostaje mi zatem powiedzieć nic innego jak tylko tyle: Witaj kolejna przygodo! Witajcie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej! Witaj Kalifornio! Witaj San Francisco!... (Niestety, witaj również kiepska pogodo…) Przejazd taksówką z lotniska do zarezerwowanego hostelu w centrum tej wielkiej aglomeracji miejskiej, nie trwał zbyt długo. „Pani taksówkarka” była dobrze wprawiona w pociskaniu przez wielkie miasto i nic sobie nie robiąc z powodu padającego deszczu, rwała do przodu jak młode źrebię – hyhyhy. I tym to sposobem meldujemy się w zaklepanym pokoju Hostelu International.



Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne. W holu przewija się sporo młodych, wesołych osób wszelkiej maści, narodowości, ras i koloru skóry. Obsługa hostelu jest bardzo miła, uśmiechnięta i grzeczna. Po dokonaniu niezbędnych formalności meldunkowych, taszczymy wreszcie nasze walizy do czteroosobowego pokoju, w którym – jak się okazuje – są już nasi dwaj współlokatorzy. No cóż, hostel – to hostel, ilości i „jakości” lokatorów nie wybiera się…


Tymczasem deszcz ustał, a nawet słonko zaczęło się przez chmury przebijać, a więc jest wreszcie okazja do spacerku „na sucho” po najbliższej okolicy, no i oczywiście wdepnięcia do jakiejś knajpy na pierwszy posiłek (kolację) w USA. Szukać daleko nie musieliśmy. W tej dzielnicy niemal na każdym kroku można natknąć się na jakiś lokal. My wybraliśmy wietnamską restaurację i to był bardzo dobry wybór.







Jeszcze chwilka spacerowania po okolicy i zwolna wracamy do naszego lokum. Jednak zmęczenie zaczyna już mocno dawać znać o sobie, a więc kładziemy się do wyrek. No i wszystko byłoby cacy, gdyby nie jeden z naszych ciemnoskórych współlokatorów. Ni stąd, ni zowąd zaczął w środku nocy łazić w te i z powrotem, a to z pokoju do łazienki, a to z łazienki na korytarz, a trzaskał przy tym drzwiami przeraźliwie, coś gadał do siebie, co chwilę zapalał światło i jakieś buty ręcznikiem pastował, itd., itp… Jednym słowem pierwsza noc w USA = „noc-masakra” – upssss.


Dzień piąty – 26.05.2010

Myślałem, że w środku nocy popełnię zbrodnię, ale już o świcie „koleś-świr” gdzieś się wreszcie ulotnił i choć ze dwie/trzy godziny pospaliśmy… Ale co tam – wstał nowy piękny dzień, a więc uśmiech na twarz, do tego hostelowe śniadanko plus obowiązkowa mocna kawa „na ruszt”, a potem fajeczka w zęby i w końcu znoszenie bagaży z pokoju na parking. Po rozliczeniu należności za nocleg, Stefan telefonicznie przywołuje taksówkę, a po chwili jedziemy wreszcie do wypożyczalni Eagle Rider po te nasze „internetowo-zaklepane” motorki – ależ się cieszę!!! Jak się okazało, odległość między hostelem, a wypożyczalnią była niewielka, dlatego po kilkunastu minutach byliśmy już na miejscu. Natychmiast podszedł do nas i przywitał się z nami Renaud.


Renaud, to przesympatyczny młody Francuz, który od lat mieszka w San Francisco i ściśle współpracuje z tutejszą wypożyczalnią motocykli. To właśnie z nim korespondował Stefan w sprawie rezerwacji naszych sprzętów. No i proszę – oto dzisiaj już tu jesteśmy, a Renaud pomaga nam załatwiać ostatnie niezbędne formalności związane z wynajęciem motocykli, a z kolei panowie mechanicy, przyprowadzają i przygotowują do drogi „nasze maszyny”. Nam pozostało już tylko zdeponować w przechowali walizki ze zbędnymi „cywilnymi manelami”, przebrać się wreszcie „po ludzku” czyli w skóry, następnie zamontować maszty i wciągnąć na nie flagi, no i pozwolić panom majstrom wyprowadzić motorki przed bramę wypożyczalni.








Pogoda dziś od rana wyśmienita, motorki furkoczą bez zarzutu, humorki rewelacyjne – nic tylko wsiadać i jechać – aby już, aby dalej, aby przed siebie! Nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości dokąd skierować „pierwsze kroki”. W końcu to właśnie w tym mieście zaczyna się „część motocyklowa” naszej wyprawy i tu za kilkanaście dni szczęśliwie ma się zakończyć, a więc niech na pierwszej „oficjalnej” fotce z San Francisco znajdzie się to, co jest dla tego miasta najbardziej charakterystyczne i znane. Zatem bez namysłu wyruszyliśmy w kierunku słynnego mostu Golden Gate.






Pławimy się w porannym słońcu i wewnętrznej radości i nie żałujemy „kliszy” cykając aparatami na prawo i lewo – hehehe, tym bardziej, że mamy stąd również doskonały widok na bardzo znany „obiekt,” jakim jest Alcatraz czyli sławetne więzienie na Wyspie Pelikanów.




Ech… Jakież to miłe i piękne wrażenie, gdy oto – ni stąd, ni zowąd – człek znajdzie się nagle „na żywo” w miejscach znanych mu wcześniej jedynie z książek, czasopism, z ekranu telewizyjnego lub kinowego... A że miejsc takich przed nami jest jeszcze wiele, przeto nie ma co dłużej tu na piachu siedzieć, tylko podnieść te swoje szanowne cztery litery i w drogę! Tak też uczyniliśmy, obierając kurs na malowniczą drogę nr 1, biegnącą krętymi zawijasami wzdłuż całego Zachodniego Wybrzeża Stanu Kalifornia. Gdy już ostatnie strzeliste wieżowce i zatłoczone autostrady ze swoimi zjazdami, rozjazdami i estakadami, zostały daleko w tyle za nami, z wielką ulgą wjechaliśmy wreszcie na drogę spokojną i znaleźliśmy się w otoczeniu bardziej „sielankowo-swojskim”.
Ot, choćby w takim jak tutaj – na podwórku u wesołego gościa, który wraz z kilkoma robotnikami, zawzięcie remontuje swoje małe „rancho”. Takie krótkie i przypadkowe spotkania zawierają w sobie bardzo dużo otwartości i dostarczają wielu pozytywnych wibracji. Zapewne działa to w obydwie strony.



Na ten przykład, Stefan bez problemu mógł nie tylko zrobić sobie fotkę w kabinie zabytkowego „pick-upa” ale też skorzystać z gratisowej toalety wewnątrz domku – co wprawiło go w prawdziwą euforię dlatego, że wreszcie mu ulżyło –  hehehehe… Dziękujemy majstrom za krótką pogawędkę i za dokładne wskazanie trasy, którą teraz należy pognać aby do drogi „nęmber łan” bez problemów i na luzie dojechać. Jeszcze tylko pozdrawiające klaksony „na odjezdne” i już ponownie jesteśmy na trasie dojazdowej do „jedynki”. Śmieję się sam do siebie pod nosem, że normalnie przez Amerykę sobie na motorze jadę – ależ to są jaja! – hyhyhy… Tymczasem pogoda zaczyna się z lekka psuć. Co prawda nie pada ale niebo zaczynają przesłaniać ciężkie ołowiane chmury. Mamy dziś do przejechania nie więcej jak 100 – 120km, a więc nawet gdyby się rozpadało, to zbytnio nie zdąży nas przemoczyć – taką mam nadzieję. Wobec tego, gdy faktycznie znaleźliśmy się już na „ jedynce”, po kilku kilometrach postanawiamy z niej na moment zboczyć, aby zrobić sobie kilka pierwszych fotek nad Pacyfikiem, na tle ciekawie uformowanych klifów.






Sesja udana – można wracać do motorków i na trasę. Jeszcze tylko po fajeczce i znów wolnym tempem – jedziemy przed siebie. Dzisiejszy etap (zgodnie z planem Stefana) mamy zakończyć w miejscu dosyć szczególnym, a mianowicie w hostelu przylegającym do latarni morskiej znanej pod nazwą Pigeon Point – w pobliżu Pescadero. Pierwszy etap naszej motocyklowej wyprawy, dobiegł końca w chwili, gdy zaparkowaliśmy nasze sprzęty na placu – przed zauważoną już z daleka – okazałą latarnią morską.
Kurcze! – Jak tu ładnie… A ładnie nie tylko dlatego, że otoczenie malownicze i do tego odgłosy szumu fal roztrzaskujących się o przybrzeżne skały, ale cały urok w tym, iż owa gra dźwięków i soczysta paleta barw, rozprzestrzenia się ponownie w świetle pięknego zachodzącego słoneczka – na tle błękitu nieba.






Z tablicy informacyjnej, umieszczonej na jednym ze skalnych występów wynika, iż gdzieś tam pośród poniższych głazów, powinny wylegiwać się foki ale jakoś nie mieliśmy szczęścia, aby którąś z nich wypatrzyć – być może akurat „poszły sobie na ryby” – hyhyhy…




W pewnej chwili zupełnie ocipiałem z radości, gdy skierowałem wzrok ku górze i dostrzegłem pod obłokami, lecące stadko najprawdziwszych w świecie pelikanów!… Kocham przyrodę, a zwłaszcza ptaki – każdy, kto mnie zna, doskonale o tym wie…
Przy tej to okazji wyjąłem z sakwy przemyconą z Polski jedną-jedyną puszeczkę TATRY MOCNEJ i właśnie tu w tym miejscu i w tej chwili postanowiłem wznieść tradycyjny toast za szczęśliwy początek i dalsze powodzenie naszej wyprawy po USA… No i padło jednocześnie z dwóch uśmiechniętych mordeczek owo sakramentalne: „TWOJE ZDROWIE BRACHU!!! I TWOJE TEŻ BRACHU!!!” No cóż… Dzisiejszy – pierwszy etap za nami, toast wzniesiony, humory „jak się patrzy”, a więc pora szykować się do spania. No tak – do spania w kolejnym, zarezerwowanym przez Stefana – hostelu. Hmmm – ciekawe jaka niespodzianka czeka na nas tym razem?… Od wielu lat podróżuję po świecie ale nigdy dotąd nie korzystałem z usług w tego typu „instytucjach”, a po doświadczeniach z wczorajszego noclegu w San Francisco, mam poważną niechęć do takich kwater i do takiej formy „odpoczynku”… No bo jak może sześciu chłopa wyspać się na piętrowych łóżkach w pokoiku o powierzchni 2,5m x 2,5m – koszmar. Będę musiał jutro ze Stefanem o tym porozmawiać, bo przecież możemy spać inaczej – czyli normalnie w jakimś przydrożnym motelu lub prywatnie u kogoś, lub w śpiworze w krzakach, lub gdziekolwiek indziej – dosłownie tam gdzie nam się zechce – a nie w takim „pierdząco-chrapiącym” ścisku…


A zresztą mina Stefana zdaje się w tej chwili sama to potwierdzać – bez konieczności zbyt długiego przekonywania się – hyhyhy…






część 1 część 2 część 3 część 4 część 5



Powrót