Azja zdobyta czyli Istambuł 2004




część 1 część 2 część 3



...Już w trakcie trwania pierwszej, wyprawy do Finlandii w roku 2003, zrodził się w mojej głowie pewien plan dotyczący następnej dalekiej eskapady – wówczas jednak należało go raczej traktować jako bardzo odległe, wręcz nierealne marzenie... Właściwie to przypadkowym autorem tego pomysłu był pewien sympatyczny młody Turek, którego spotkaliśmy na Litwie. Prowadził on w Wilnie orientalną knajpkę pod nazwą ISTAMBUŁ... Z zaciekawieniem słuchałem jak żywiołowo opowiadał o urokach swojej ojczyzny, a przy tym pokazywał nam wiele bajecznych folderów, map oraz fotografii dotyczących jego rodzinnego kraju... Wszystko to razem było niesamowicie piękne, pociągające wręcz ekscytujące i bardzo głęboko utkwiło w mojej pamięci. Pewnie dlatego tuż po powrocie zaproponowałem aby kolejną wyprawę skierować właśnie do Turcji, a dokładniej do Istambułu skąd – przez ogromny wiszący most –   można przedostać się na druga stronę Cieśniny Bosfor i postawić stopy na Kontynencie pod nazwą AZJA... A jednak i to marzenie spełniło się!!! O tym jaki przebieg miała wyprawa w roku 2004, opisuje i uwidacznia niniejsza relacja...


Dzień pierwszy – 24.07.2004
Od samego rana coś tam siąpi z nieba, no i za ciepło także nie jest – ale co tam – i tak jestem uśmiechnięty od ucha do ucha, bo to na szczęście nie pogoda decyduje o realizowaniu moich marzeń lecz pasja do podróżowania i wszystkiego tego co się z tymi wyprawami wiąże. Motorki już od dawna przygotowane, niezbędny sprzęt zapakowany, nastrój rewelacyjny, a więc pozostało już tylko czekać aż zjadą się wszyscy uczestnicy wyprawy i ruszać ku nowej nieznanej przygodzie!!! Wyjazd miał nastąpić o dziewiątej rano, lecz nie wszyscy docierają na czas na moje podwórko, które już tradycyjnie jest miejscem zbiórki każdego grupowego wyjazdu. Czas oczekiwania na przybycie całej Załogi mija pod znakiem żartów, cykania fotek, a także „wojennych narad” – niemal jak przed wyprawą na „podbój Nowego Świata”.

I oto nastąpiła „godzina zero”. Głośny furgot silników, ryczące klaksony, machaniem rąk pozdrawiamy tych, którzy zostają i z wolna – jeden po drugim – odjeżdżamy sprzed garażu przy ulicy Nadbrzeżnej 15. Do przejścia granicznego w Hradku jest ledwie kilkanaście kilometrów, a więc w Czechach byliśmy bardzo szybko – tyle, że z nieba leją się nam na głowy strumienie deszczu... Wolno i ostrożnie jadą nawet ścigacze, bo nie ma co się popisywać brawurą, gdy droga przypomina bardziej rwącą rzekę niż jezdnię. Jeszcze wówczas nie sądziliśmy, że deszcz będzie nam towarzyszył przez prawie całą drogę do Bułgarii. Co prawda od czasu do czasu wychodziło słonko ale ledwie zdążyliśmy nie co obeschnąć i znów wszystko było mokre. Trudno – „służba nie drużba” – jedziemy i nie ma co narzekać. Częste przystanki, nieco kapryśne dziewczęta bo już pewnie dość mają tej wody, ale ogólnie wesoło i rozrywkowo przebiega nam ten czeski odcinek trasy – a dobry humor – to rzecz najważniejsza. W Brnie na jednym z parkingów spotykamy serbskiego kierowcę TIR-a, który radzi nam aby nie słuchać tych co odradzali nam jazdę przez Rumunię, ponieważ tam wiele zmieniło się na lepsze, a już na pewno nie można narzekać na nawierzchnię dróg. Nie tylko nas to ucieszyło ale tym bardziej dało nam pewność, że wcześniejsze ustalenia jazdy przez Rumunię, były słuszne. Przed wyjazdem któryś z naszych chłopaków ostro wszystkich przestrzegał przed „cygańskimi ludożercami” i drogami podłej jakości, stąd były obawy, ale teraz uwierzyliśmy Serbowi... Na jednym z kolejnych – „przeciwdeszczowych przystanków” w Czechach, Marcin serwuje kiszone ogórki własnej produkcji – ymmm – pychotka! Nie musiał już zakręcać słoika i pakować go do sakwy. Jest już późne popołudnie, a my ślimaczymy się przez ten czeski misz-masz pogodowy, no ale na szczęście do granicy czesko-słowackiej coraz bliżej. Zaplanowaliśmy co prawda pierwszy nocleg gdzieś na Węgrzech ale to już dziś nie jest możliwe – zbyt późno – właśnie dlatego na Słowacji przyjdzie nam szukać jakiegoś spanka.

Wreszcie wjeżdżamy na Słowację. Krótka odprawa, wymiana pieniążków, trochę śmiechu z ichniej mowy, a także nieco lepszy nastrój z powodu poprawiającej się pogody. Plan jest teraz następujący – zatrzymać się gdzieś na obiadek, potem przebrnąć przez Bratysławę i kierujemy się na Komarno – a dokładniej do Velkego Mederu – Marcin zna to niewielkie miasteczko położone blisko węgierskiej granicy i zapewnia, że o nocleg tam trudno nie będzie... Tymczasem tuż za granicą znaleźliśmy odpowiednie miejsce na postój i obiadek. W oczekiwaniu na podanie do stołu, trącamy po piweczku – zawsze smakował mi „Złoty Bażant”. W Bratysławie o mały włos nie staranował mnie TIR z naczepą ale jakoś wywinąłem się z tej opresji – ufff. Serducho jeszcze mi do tej pory dygocze. Na miejsce czyli do Velkego Mederu, docieramy około 22-ej i zgodnie z przewidywaniami Marcina – noclegi załatwiliśmy bez problemu. Jeszcze tylko po jednym piwku i do łóżeczek... Marek chrapał przeraźliwie!!!



Dzień drugi – 25.07.2004
Poranek przywitał nas słoneczkiem i długo wyczekiwanym ciepłem... Po wczorajszym, bardzo mokrym etapie uznaliśmy, że w końcu świat się nie zawali jeśli pozwolimy sobie dziś spędzić nieco więcej czasu w Velkim Mederze. No przecież mamy urlop między innymi także i po to, aby zrelaksować się np. gorącą kąpielą w tutejszych termalnych źródłach – wręcz należało się to nam. Na tych, którzy z kąpieli korzystać nie chcieli – do dyspozycji był bar (jakież to piękne słowo – BAR...). Ja również w nim byłem i wszystko widziałem.
Dopiero około godziny 13-tej żegnamy się z naszymi gospodarzami, zabieramy manatki i ruszamy w kierunku granicy z Węgrami. Od miejsca, w którym nocowaliśmy do przejścia granicznego jest zaledwie około 10 kilometrów, dlatego już po kilkunastu minutach okazujemy słowackim pogranicznikom paszporty i spoglądamy z mostu nad Dunajem na drugi brzeg, na którym już za chwilkę przywitają nas tym razem Węgrzy. I oto wjechaliśmy do Madziarów. Wciągam na maszt węgierską flagę, a słowacka wędruje do sakwy.
W przygranicznym kantorze wymieniamy korony słowackie na forinty, naklejamy winiety na szyby i dalej w drogę – kierunek Budapeszt, a następnie Szeged – tuż przy rumuńskiej i serbskiej granicy. Ledwie ujechaliśmy kilka kilometrów przy w miarę słonecznej aurze, a tu znów zaczynają się kłębić ciemne chmurzyska... Rety! – Czyżby powtórka pogodowa z dnia wczorajszego?... Piszę do domu o tym jak się nam jedzie i gdzie obecnie jesteśmy, a także pytam jaka w Bogatyni jest teraz pogoda.
Po kilku minutach dostaję odpowiedź, że jest czyste, błękitne niebo i świeci piękne, gorące słońce – hmmm... No i rzeczywiście znów nas okropnie zlało przez całą drogę przez Węgry. Na dodatek w Budapeszcie pobłądziła część grupy (ja także w niej byłem), dlatego sporo czasu zeszło zanim znów wszyscy zbiliśmy się w jedną gromadkę. Tak to już jest, gdy jedzie duża ilość sprzętów i nie zawsze w jednakowym tempie ale najważniejsze jest to, że nikt się całkowicie nie zagubił i wieczorem wszyscy razem szczęśliwie dotarliśmy na fajny kemping nieopodal Szegedu. A zatem plan dnia wykonany – pora więc suszyć mokre łaszki, moczyć suche gardła i spać...


Dzień trzeci – 26.07.2004
Nie miałem tej nocy szans na sen. Oczywiście z Markiem w domku nikt nie chciał spać przez to jego donośne chrapanie, dlatego ja ponownie się poświęciłem i zgodziłem na ten „luksus”. Przecież nigdy dotąd nie zależało mi w czasie podróży na komforcie i wygodach tak bardzo jak tylko na tym, aby osiągnąć cel wyprawy i płakać z tego powodu ze szczęścia, a jedynie to jest i zawsze było dla mnie – NAJWAŻNIEJSZE! Nieprzespana noc także miała swoje uroki. Siedząc owinięty w koc na schodkach naszego domku, mogłem obserwować jak zanikają te wredne chmury i najpierw nieśmiało, a z czasem już całkiem zdecydowanie – pojawiały się kolejne gwiazdy, potem całe gwiazdozbiory, aż wreszcie zupełnie wokół pojaśniało od blasku księżyca w pełni. Potem malowniczy wschód słońca i świergot ptaków – ech, jakież to urocze. A po za tym jako pierwszy zabrałem się za czyszczenie motorka i wypiłem kawkę w towarzystwie własnego, długiego cienia, rosy oraz biegającej po trawniku jaszczurki. Dniało coraz wyraźniej i raz po raz, to tu – to tam zaczęli wysnuwać się z domków ludziska w dresach z ręcznikami na ramieniu i pastą oraz szczoteczką do zębów w dłoni, zmierzali do „łaźni polowej”, niby że takie czyścioszki - śmiesznie wyglądała ta kawalkada „lunatyków”. Miłą niespodzianką był fakt, iż także na tym kempingu przebywali rodacy z Górnego Śląska, a więc i porozmawiać można było co-nie-co w „ludzkim języku” – węgierski to jakaś straszliwa pomyłka. Oczywiście nie obeszło się bez pamiątkowej fotografii dla polskiej turystki, ale jakież było miłe zaskoczenie, gdy już po powrocie do domu otrzymałem od niej tę właśnie „nielekką odbitkę”. Pora ruszyć dalej w drogę ale najpierw jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie całej ekipy (pierwsze wspólne od dnia wyjazdu)... Tuż po zrobieniu tej fotografii, podejmujemy również ostateczną decyzję co do wyboru dalszej trasy, a tym samym i kraju przez który będziemy zdążać do Bułgarii.
Z tego miejsca do Serbii mamy 20 km, a do Rumunii 15 – wybieramy Rumunię... Po pierwsze dlatego, że tędy bliżej a po drugie pamiętamy słowa tego serbskiego kierowcy, który zapewniał nas dwa dni temu, że nie ma się co obawiać. No cóż – w końcu komuś w życiu trzeba zaufać. A zatem kierunek granica węgiersko-rumuńska. Szybko, sprawnie i bez problemów przejeżdżamy przez posterunek graniczny i z radością spoglądamy na siebie, ponieważ dzień zapowiada się pięknie – wreszcie jest gorąco. Teraz kolejna „zabawa” w wymianę waluty – zawsze z ciekawością oglądamy nowo zakupione banknoty, a te rumuńskie są szczególnie interesujące, ponieważ posiadają przezroczystą folię z ledwie widocznym znakiem wodnym i przez to wyglądają jakby były dziurawe. W pierwszej chwili sądziłem, że faktycznie są jakieś „lewe” albo uszkodzone. Zabawne jest również i to, że w jednych krajach stajemy się nagle milionerami, a znów w innych – nieomal „bidakami”. Wszystko przez te lokalne nominały, ale skoro jednak paliwo i żarełko można za nie kupować, to niech tam sobie wyglądają choćby nawet jak zdjęcie teściowej.
W każdym razie w Rumunii zostaliśmy „krezusami”. Upał doskwiera niemożliwie, a tu jeszcze co niektórzy gramolą się z tym przeliczaniem kasy – ech te kobiety. Wreszcie ruszyliśmy dalej. Po jakichś 100 kilometrach zatrzymujemy się na fajeczkę i z niepokojem po raz kolejny obserwujemy sine chmury nad horyzontem. Właśnie w tamtym kierunku za chwilę będziemy jechać. Nie wygląda to zbyt ciekawie – istny ołów. Bardziej przezorni wyjmują z sakw nieprzemakalne ubrania i wkładają je na siebie mimo upału – ja jeszcze nie, chociaż chyba raczej także powinienem. No i masz ci babo placek – stało się. Rozpętała się niesamowita nawałnica. Wokół pustkowie i ściana wody – ależ pech. W końcu dostrzegamy niewielką stację benzynową – ufff. Jest chociaż gdzie się zatrzymać, nieco rozgrzać i lekko osuszyć. Czy to się wreszcie kiedyś skończy?
Gdy tylko deszcz nieco ustał, wskakujemy na motorki i brniemy dalej drogą, po której spływają potoki wody – istna „rozkosz”. Podkręcamy jednak nieco manetki gazu, bo przecież w tym „ślimaczym tempie” to my za dwa tygodnie nie dojedziemy nawet do czarnomorskiego wybrzeża. Oczywiście przesadzam w tej chwili ale faktycznie znacznie szybciej umyka nam czas, niż kilometry. Wszystko przez tą „niegrzeczną pogodę”, a miało być już tak pięknie – ech. Na szczęście bywają także chwile bez deszczu i wówczas możemy jeszcze bardziej przyspieszyć, no chyba że przez drogę – jak gdyby nigdy nic – przespaceruje się stado koni. Takie sielankowo-półdzikie widoczki napawają radością ale i uważać trzeba bardziej – kto wie, za którym zakrętem pojawi się kolejna grupa „przechodniów”.
Na posiłek zatrzymujemy się w zajeździe obok stacji benzynowej (uzupełniamy przy okazji paliwko). Jak wynika z mapy – znajdujemy się przed dużym miastem Sibiu. Lepiej teraz coś zjeść i zatankować, niż potem szukać miejsca w bocznych ulicach ruchliwego miasta. Do centrum Sibiu mamy jeszcze około 80 kilometrów ale zmęczenie daje już znać o sobie, a więc mimo tego iż droga jest doprawdy piękna i gładka jak stół, postanawiamy dzisiejszy etap zakończyć właśnie w tym mieście. Tymczasem jemy, schniemy i uśmiechamy się w towarzystwie urodziwej obsługi.
Było już ciemno, gdy dojechaliśmy na przedmieścia Sibiu. Zatrzymaliśmy się na sporym parkingu w pobliżu osiedla domków jednorodzinnych – to dobre miejsce aby rozejrzeć się za jakimiś noclegiem. Zanim jednak rozpoczęliśmy poszukiwania, podjechało do nas kilka aut, z których wysiadło paru dryblasów. Coś tam gadali po ichnemu, ale któż mógłby ich zrozumieć. Zapytałem więc czy coś „szprechają” po niemiecku, no i jeden z nich odpowiedział – „naturlich” – to już było cacy. Okazuje się, że Niku – ten od „naturlich” – jest szefem kompleksu hotelowego – mamy więc farta. I tym oto sposobem, mieszkanko samo nas znalazło. Za śmieszne pieniądze Niku zaprasza nas do siebie na pokoje, a więc – BINGO!!!



Dzień czwarty – 27.07.2004
Dopiero rankiem tego dnia mogliśmy w pełni nacieszyć oczy wyglądem „naszego domostwa”. Wczoraj już nie było czasu na zwiedzanie, ponieważ do bardzo późna skupialiśmy całkowitą naszą uwagę tylko na jednym z pomieszczeń – a był to...BAR. A tak na poważnie, to doprawdy świetne miejsce nam się trafiło – motorki za ogrodzeniem pod baldachimem z winorośli, nasze pokoje oraz wszystkie pozostałe pomieszczenia tego zajazdu są bardzo ładne i w niezłym standardzie.

Gospodarz – Niku, to przede wszystkim bardzo przyjemny i wesoły człowiek, choć na pierwszy rzut oka przypominał raczej „osiłka do wypraszania niegrzecznych gości”. Po śniadaniu pora zbierać się w dalszą drogę. Aura wciąż nas nie rozpieszcza i niestety pada. Trudno – nic na to nie poradzimy. Porozmawiałem jeszcze chwilę z moim rumuńskim kolegą – jak ja się cieszę, że z tym niemieckim tak mi nieźle idzie – no i czas już na zrobienie pamiątkowego zdjęcia. Podziękowania, pozdrowienia, wymiana adresów, pożegnanie i ruszamy w drogę. Z nieba zaczyna sikać coraz mocniej. Przemierzając Rumunię, rozglądamy się wokół i podziwiamy przepiękne krajobrazy. Raz pniemy się w górę, innym razem droga wiedzie w dół i prowadzi wzdłuż malowniczych rzecznych dolin.
Ruch na drodze jest niewielki i tylko od czasu do czasu widujemy jakieś wysłużone „Dacie” lub „Zaporożce” i ciężarowe „Ziły”. Czas w tym kraju jakby „przycupnął” na moment, a także ludzie jakby z innej epoki – nikt się nie spieszy, nie przejmuje się zbytnio niczym, sennie płynie życie w mijanych miasteczkach i wioskach. Prawdę mówiąc trochę im tego zazdroszczę. Jakoś tak wychodzi, że w czasie długotrwałej jazdy pojawia się wiele spostrzeżeń i myśli, które rozpływają się niczym baśń w mojej głowie. Miłe jest to uczucie tak sobie jechać, obserwować i snuć rozważania, a przy tym nikt nie przeszkadza i nie rozprasza tego sielankowo-romantycznego nastroju. Dobrze jest też przystanąć na chwilkę i zrobić kilka zdjęć tym malowniczym krajobrazom, po to aby znalazły się choćby w albumie jako wspomnienie i cząstka życia tego, który nie tylko tam był, ale był tam szczęśliwy. No tak – marzenia marzeniami, a tu żołądek doprasza się o swoje prawa. Trzeba zatem przystanąć i uspokoić go jakąś przekąską, a jeśli do tego ma się przed oczami jaskrawo-czerwone „oblicze” paniusi, która ma tę strawę podać, to i nie dziwota, że apetyt jeszcze bardziej się wzmaga.
Dobrze nam się dziś jedzie mimo tego, ze raz pada, a raz świeci słońce – chyba już przywykliśmy do tego misz-maszu pogodowego. Nawet nie sądziłem podczas tego postoju, że do Bułgarii mamy już tak blisko. Pozostało jeszcze tylko przeskoczyć Bukareszt (za jakieś 100 km) i do granicy zostaje może ze 60. Wydajemy więc ostatnie „leje” i nie ma co zwlekać – rozpoczynamy szturm na Bułgarię!!! No co się tak psinki przyglądacie? – Tak, tak – Bułgarię. Zdawać by się mogło, ze już było tak niedaleko ale niestety w Bukareszcie długo błądziliśmy no i do Bułgarii wjechaliśmy, gdy już się zmierzchało. A to druga fotka w pełnym składzie naszej ekipy.

Jak się później okazało – niestety ostatnia. Nie wspomniałem dotąd o różnych „zawirowaniach”, które rodziły się raz po raz w głowach uczestników wyprawy, gdyż ten album nie do tego służy – lecz to zrozumiałe, że w takiej sporej gromadzie – problemiki mniejsze lub większe, niestety raczej są nieuniknione – trudno – samo życie. Do Warny wjechaliśmy już w zupełnych ciemnościach i byliśmy bardzo zmęczeni. Gdy mijaliśmy miasto, konieczny był jakiś przystanek aby odpocząć i zjeść kolację. Znaleźliśmy odpowiedni lokalik, który co prawda już zamykano ale czegóż nie robi się dla motocyklistów.
Można było tam również przenocować i gorąco do tego wszystkich namawiałem ale dziewczęta uparły się jechać dalej – byle do morza, do plaży. No i niestety nie było na nie siły i pojechaliśmy dalej w tę czarną bułgarską noc. Jadę i marzę tylko o tym aby wreszcie położyć się spać. Jazda trwa już przecież od trzynastu godzin. Kilku najbardziej zmęczonych kierowców stawia w końcu veto – choćby trzeba było spać w rowie to dalej ani kroku! Znajdujemy na jakimś pustkowiu opustoszały plac z ławkami przed sklepem i padamy na te ławki jak ścięci. Panie maja przerażone twarze i łzy w oczach ze strachu – trudno.


Dzień piąty – 28.07.2004
Poranek jest „nadąsany”. To znaczy ja czuję się świetnie, bo jestem wypoczęty i wyspany za wszystkie czasy. Nawet tradycyjne chrapanie Marka do mnie wcale nie docierało. Reszta chłopaków także zadowolona ale dziewczęta mają już dosyć z powodu nocy i spania w „hotelu kategorii miliarda gwiazd”.
Już od rana mówi się tylko o tym, że celem Tadków i Wojtków była bułgarska plaża i dwa tygodnie pobytu, a więc podział grupy jest nieuchronny. W końcu są i tacy, którzy od samego początku wybierają się dalej – do Azji i mają zamiar swój plan zrealizować. Małżeństwa zostają zatem w Pomorie, a już tylko 6 załóg kieruje się dalej na południe. Trochę jakby nieswojo po tym rozjechaniu się, ale przeważa jednak nadzieja, że odtąd wszyscy w końcu zaczną odpoczywać, a nie stresować się w czasie tych kilku tygodni urlopu, na który przecież zasłużyliśmy jednakowo i mamy zamiar miło go spędzić. Od Pomorie do Sozopola jest zaledwie około 50 km. Przejeżdżamy ten odcinek w niecałą godzinkę i odnajduję tu kamping pod nazwą „Zlatna Ribka”. Dokładnie 26 lat temu mieszkałem tu w namiocie wraz ze swoją wówczas dziewczyną – dziś małżonką, a także z przyjaciółmi. Koniecznie chciałem tu jeszcze raz wrócić i wróciłem.
Rozbiliśmy namioty, zostawiliśmy bagaże i postanawiamy pojechać do centrum miasta – jest przecież tam co zwiedzać. Marek nie wybiera się z nami do miasta, bo jest bardzo zmęczony dotychczasową jazdą i zasypia w namiocie natychmiast po jego rozbiciu. Jedziemy wiec w piątkę – Sławek, Mariusz, Janusz, Marcin i ja. Dojeżdżamy do centrum. Jest spore zainteresowanie gapiów i miłe spojrzenia w naszą stronę. Wiadomo – huku się narobiło, że hej! Zostawiamy motorki na strzeżonym parkingu i rozpoczynamy spacer po mieście.
Ależ tu wszystko się zmieniło. Z trudem rozpoznaję te zakątki i uliczki. Dopiero na starówce rozpoznałem starą kotwicę leżącą tu jak wówczas, gdy byłem tu pierwszy raz za młodych lat. Jeszcze chwilę wędrujemy po centralnej części miasta, no i z wolna zmierzamy w kierunku parkingu aby wskoczyć na sprzęty i wracać do namiotów. Zanim jednak to nastąpiło, poprosiłem Marcina aby stanął na moment przy tej kotwicy – musiałem zrobić jej fotkę.



Dzień szósty – 29.07.2004
Miło było wrócić po latach do tego miejsca, choć sam stwierdziłem, że panujące tu warunki „lokalowe” są wręcz tragiczne. Nawet chyba chłopaki byli źli, że ich tu przywiodłem. Ja nie żałowałem, ale też wiem, że z pewnością gdyby któryś z nich był tu wcześniej, także byłby zadowolony z małego deja-vu. Rankiem, gdy wszyscy jeszcze spali, biorę aparat i idę na plażę, aby choć tu odnaleźć jeszcze kilka miejsc, które znam z przeszłości. Cykam w lewo, cykam w prawo ale jakoś nic mi tu nie pasuje. Pamiętam przecież drogę biegnącą wzdłuż plaży – dziś jej tu nie ma. Pamiętam, że była knajpa w której stołowaliśmy się, ale ta istniejąca obecnie też jest jakaś inna – no nie wiem. Szukam wśród piasków i szumu fal nie tylko miejsc, w których już kiedyś byłem lecz także wracam pamięcią do tamtych chwil, przeżyć i radości jakie wtedy, a także i teraz mam szczęście przeżywać. – Piękna sprawa. Gdy wróciłem na pole, wszyscy już byli na nogach.

Ostatniego wieczoru wspominano, że trzeba stąd szybko uciekać bo „cieniuchno” na tym polu – i to prawda. Zwijamy więc manele, rozliczamy należności za pobyt i zgodnie z planem dnia – mamy zamiar pojechać dalej na południe, aby zobaczyć czy są tam gdzieś lepsze warunki na dłuższy pobyt. Możemy w Bułgarii przecież także kilka dni pobyć, bo tanio tu, przyjemnie i wreszcie pogodnie i ciepło. W bramie wyjazdowej przysiadamy się na moment do kierownika tego ośrodka i pytamy gdzie najlepiej według niego można się skierować, aby znaleźć  wygodny i niedrogi kwaterunek. Bez namysłu odpowiada – Achtopol. Tam kwater mnóstwo, a ceny nawet jeszcze niższe niż tutaj. Po krótkiej naradzie decyzja została podjęta – Achtopol – oto cel dzisiejszego rekonesansu zwiadowczego. Jeśli jednak tam będzie kiepsko – w każdej chwili przecież można będzie wrócić do Sozopola i rozlokować się na przykład w jakimś hotelu. Pełni zapału wskakujemy na motorki i opuszczamy „Zlatną Ribkę”. Przy samym wjeździe do centrum Sozopola, stoi wciąż ten sam monument, przy którym mam zrobione zdjęcie sprzed 27 lat. To jedyny obiekt, który rozpoznałem beż żadnych wątpliwości i dlatego w tym miejscu musiałem koniecznie zrobić sobie jeszcze jedną w życiu fotografię – to wspaniała pamiątka.

Spacerowym tempem przejeżdżamy około 30 kilometrów i oto już jesteśmy w Carewie – to taka mała, niezbyt urokliwa mieścina w której fundujemy sobie śniadanko i po browarku oczywiście. Już na pierwszy rzut oka widać, że tutaj na dłużej nie ma sensu się zatrzymywać. Robimy tylko kilka fotek i zamierzamy jechać dalej do tego Achtopola, o którym już coś nie-coś słyszeliśmy. Tu byliśmy, lulki paliliśmy, suto jedliśmy, toasty wznosiliśmy, nie jedno widzieliśmy, z dziewczętami się fotografowaliśmy – ogólnie mówiąc się cieszyliśmy.

Hmmm... Nawet w najśmielszej wyobraźni nie spodziewałbym się, że tuż za Carewem – gdy nagle jezdnia z równej asfaltowej, zamieniła się na odcinku jakichś 20 metrów w wyboistą szutrową nastąpi – drugi już w czasie tej wyprawy – podział grupy. To Sławek i Mariusz zatrzymali się przed tym żwirem i oświadczyli, że dalej po takim g***nie jechać nie będą, bo szkoda im motorków. Chcą wracać do Sozopola natychmiast (nie, nie na ten fatalny kemping lecz do jakiegoś hotelu) – bo im się chce do cywilizacji, ludzi, gwaru, świateł, tańców i swawoli. Kurcze – no przecież do tego Achtopola jest już tylko 15 km, no to czemóż by tam nie dojechać, zobaczyć i jeśli faktycznie będzie równie kiepsko jak w Carewie, to oczywiście można będzie wrócić. Jest przecież jeszcze bardzo wcześnie i mamy mnóstwo czasu. No cóż – zrobiło się tak, że czwórka jedzie dalej, a „zbuntowane” dwie maszyny zawracają. To niezbyt przyjemne zdarzenie, okazało się jednak w końcu wcale nie aż tak źle. Marek, Janusz, Marcin i ja – w takim składzie przejeżdżamy te 15 kilometrów, a oczka zaczynają nam coraz bardziej błyszczeć radością. Boże!!! – Jak tu jest pięknie!!! Jest na co patrzyć, jest co podziwiać. Mało mówimy do siebie, a raczej tylko wbijamy wzrok w rozkołysane morskie fale i napełniamy płuca świeżym, pachnącym powietrzem. Duduś (Janusz) stwierdza krótko – tak, to jest TO!!! Jesteśmy co do tego zupełnie zgodni i jednomyślni – trzeba więc będzie za chwilę wjechać do miasteczka i zbadać sytuację z noclegami. Najpierw jednak cieszymy się wspaniałymi widokami, a ja przede wszystkim takim faktem mianowicie, że z tego wzniesienia widać już...TURCJĘ.!!
Wąską, piaszczystą dróżką podjechaliśmy jeszcze na moment pod okazały – jednak opuszczony – budynek. Była to dawna grecka szkoła oficerska, ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero kilka dni później. W końcu wjeżdżamy do miasteczka. Przez dłuższą chwilę kluczymy po wąskich uliczkach i zaczyna się nam tu bardzo podobać. Miejscowi, a także wypoczywający tu turyści, z zaciekawieniem przyglądają się i uśmiechają do „skórzastych”. Podjeżdżamy „na chybił – trafił” do niewielkiej knajpki zasięgnąć języka w sprawie kwater. Właściciele lokalu są życzliwi i zapraszają nas na taras z widokiem na morze, aby chwilę dłużej porozmawiać o naszych planach. Wszystko już wiadomo. Noclegi mamy w budynku obok, a stołować będziemy się właśnie tutaj – w tym lokalu. Czyż to nie jest kolejny objaw szczęścia? To tak jakby po 2000 kilometrów trafić wprost pod strzechę u dalekich krewnych, o których w ogóle nie miało się pojęcia, że istnieją. Skomplikowanie mi to wyszło – ale wiadomo o co chodzi. W takim razie rozlokowujemy się na stałe i już po godzinie wyruszamy na piechotkę pospacerować po okolicy, no i koniecznie zamoczyć nóżki w słonych wodach Czarnego Morza. Jakimś „dziwnym” trafem tak się złożyło, ze tuż przed zamoczeniem nóg, zamoczyliśmy nieco gardziołki. Ależ pieruńsko mocna ta rakija – prosto z „fabryki”.
Tra-laaala-laaaaa-lala. Doczekało się gardziołko – doczekały się i nóżki - ruszyliśmy na plażę. Ciepły piasek rozłazi się między palcami stóp, lekki wiaterek owiewa rozgrzane skronie, a powietrze pachnie morską solą i słychać donośny krzyk mew. Każdy kto choć raz w życiu był nad morzem – wie jak to jest i o czym mówię.
Zaczyna się już zmierzchać ale wciąż jest bardzo ciepło, dlatego nie spieszymy się z powrotem do kwater tylko idąc powolutku, cieszymy oczęta malowniczym zachodem słońca, a także czujemy tę wewnętrzną radość z faktu, iż los do TEGO miejsca właśnie nas przywiódł. W „Jużnym Briagu” czekał na nas Martin (syn szefowej – Zlatiny). No cóż – okazuje się, że Bułgarzy to także radosny, słowiański naród – ledwie przysiedliśmy na ławkach, aby odsapnąć po wędrówce z plaży, a tu już stawiają przed nami „zagorkę” i rakiję.
Siedzimy, gaworzymy i wsłuchujemy się w ciekawe opowieści Martina, ale nawet do głowy by mi nie przyszło, że ten kończący się dzień tak w zasadzie to dopiero się rozpoczyna! A było tak: zagorka, rakija, zagorka, rakija, zagorka, rakija itd., itd., itd. Jest 22.00 – ostatni wczasowicze opuszczają już naszą knajpkę i oczywiście życzą sobie zrobienie fotek na motorkach – przyjemne jest to dla mnie zajęcie. Nasze kelnerki – Giorgiana i Nina, także już kończą pracę i właśnie od nich dowiadujemy się, że nieopodal (jakieś 2 km), odbywa się na wolnym powietrzu, wielka młodzieżowa dyskoteka. Hmmm.. A cóż to – my nie młodzież?! Być może gdyby było o jedną rakiję lub choćby o jedną zagorkę mniej, to pewnie dalibyśmy sobie spokój ale – NIE BYŁO. Odpalamy motorki i lecim tam, gdzie śpiew, muzyka i taniec! No tak – śpiewu, muzyki, tańca i rakiji – było rzeczywiście full. Krasnal z Markiem jakoś wcześniej się zwinęli z tej imprezy, a ja z Dudusiem szaleliśmy jak w amoku i na ewakuację zdecydowaliśmy się dopiero około 4-tej nad ranem. Cholera! – Wszystkie ulice mi się mylą i za nic nie mogę trafić do naszego domku. Zjeździłem już ten Achtopol z pięć raz w kółko i kicha. No tak – pozostaje mi już chyba tylko położyć się na jakimś klombie i nakryć motorkiem. Naglę słyszę furgotanie motorka!!! O!!! – Widzę już światła „dudusiowej jamaszki”! Hurrra! – Jestem więc ocalony! Znalazł mnie zatroskany kompan i teraz poprowadzi – on wie gdzie jechać – ufff. Niestety – też nie wiedział. Okazało się, że podobnie jak ja błądził od godziny – hihihi. Cudem w końcu udało nam się trafić do domu ale tej nocy mieszkańcy miasteczka mieli nie tylko uszy pełne hałasu ale pewnie też i ubaw po pachy.



Dzień siódmy – 30.07.2004
Ranek był zaskakujący. Za nic nie mogłem pojąć dlaczego Dudek śpi ze mną w jednym łóżku? Przecież moje legowisko jest na piętrze (miałem pokój wspólny z Solkiem – jak zwykle pechowy), a Janusz miał przecież na parterze lokum z Krasnalem. Cóż więc u licha on robi pod moją kołdrą?! To prawda – boli mnie głowa i jakoś świat dziwnie wiruje ale jestem tą sytuacją wręcz zbulwersowany! Zaraz, zaraz – jak to było z tym powrotem. Zaczynam coś kojarzyć. No tak – to nie on śpi u mnie tylko ja u niego – upsss. A co to – nie mogłem się pomylić? Z resztą na piętro trzeba było iść po schodach, a mnie bolały nóżki. No trudno – w końcu każdemu to się mogło zdarzyć. Dziś jednak Marek zrobił nam miłą niespodziankę – wstał wcześnie i zrobił zakupy w warzywniaku. W życiu tak nam arbuz nie smakował jak wówczas – był taki mokry, soczysty.

Całe przedpołudnie poświęciliśmy na rekonwalescencję – spacer, spanko, spacer. Dopiero około 14-tej zawędrowaliśmy do „zlatinowej knajpiki”. Jeszcze wczoraj obiecaliśmy Martinowi i dziewczętom, że ich trochę powozimy na motorkach, a więc należało słowa dotrzymać. No i dotrzymaliśmy. Przejażdżka do Sinomorca dla nas była „rutynowym” kursem z nowicjuszami ale dla naszych pasażerów była to frajda ogromna, a wręcz niezwykłe przeżycie. Dziś nici z plażowania – za chłodno i trochę pochmurno. Cóż więc robić? – Zastanawiamy się po powrocie z przejażdżki. Problem sam się rozwiązał, bo oto do Martina zawitał jego stary, dobry znajomy – zwany „Big Harry”. Postać to niezwykle radosna i dowcipna, a poza tym – jak się okazuje – jest to stały dostawca i producent rakiji do Martinowego baru. Przypadkowo przywiózł kolejną partię o smaku malinowo-truskawkowym. W imię Ojca i Syna....
Zdaje się, że Giorgiana od razu przeczuwała co z tego wyniknie – nie myliła się – hehehehe. Zatem wieczór zaczynał być podobny do poprzedniego z tym, że miało być spokojniej i bez szaleństw (patrz dzień poprzedni). Było to tym bardziej prawdopodobne, gdyż tu na miejscu poznaliśmy nowych znajomych – Klarę i Petra ze Słowacji, a także Mariolę i Mariusza z Rzeszowa. Śmichów-chichów co niemiara, gadulcowania jeszcze więcej, a „burgaskowo”, też nie mało – a co tam!
W końcu mamy wakacje! Tak miło nam się zapoznawało, że w końcu za namową naszych nowych przyjaciół, trafiliśmy i tak na – DYSKOTEKĘ. Tym razem jednak już bez motorków. Wybawiliśmy się przednio i dzięki Bogu nie było już problemów z trafieniem do domu (a w moim przypadku – do własnego łóżka). 





część 1 część 2 część 3




Powrót