Operacja Wschód czyli Krym 2007




część 1 część 2 część 3 część 4




Skład ekipy:
1.Tadeusz i Dorota Dusza – Yamaha 750
2.„Dziadek” Karol
i Krystyna Wysota – Honda Shadow 1100
3.Mariusz Kiersznowski i Ania – Honda Varadero
4.”Tata” Zbyszek Jurek – Honda Shadow 1100
5.”Mosiu” Grześ Mosiński – Kawasaki Vulcan 800



dzień 1 - 15.07.2007
Pobudka w środku nocy (czyli o 5:00), szybkie śniadanko, wyprowadzam moto z garażu , buzi żonce na pożegnanie i już jadę na miejsce startu czyli pod garaż Karola. Na miejscu są już „Dziadek” Karol, „Tata” i Marek Piątek. Marek jedzie z nami tylko do granicy w Medyce i później ma spędzić urlop gdzieś w tamtych okolicach. Chwile czekamy na Krystynę i parę minut po szóstej ruszamy w stronę granicy czeskiej.
Szybko przelatujemy 23 km przez Czechy i w Mirsku dołączają do nas Mariusz i Ania. Już w pięć motorków udajemy się do Lubomierza na spotkanie z Tadkiem i Dorotą. To właśnie Tadek  pierwszy rzucił pomysł aby pojechać motocyklami na Krym i on też przygotował całą logistykę wyprawy. Dołącza do nas jeszcze syn Tadzia Piotrek z Sylwią, ale tylko odprowadzą nas kawałek.
Załoga w komplecie humory wspaniałe więc startujemy. Pogoda jest „bardzo motocyklowa” czyli ciepełko, słońce świeci, chce się żyć. Plan na dziś – dojechać do wsi Nienowice-Sośnica,  jest to wioska gdzie Marek spędził dzieciństwo, a że położona jest 12km od granicy w Medyce to i nam bardzo pasuje. Tak więc pomykamy prze Lwówek, Złotoryję w kierunku A-4. Wypadamy na autostradę, a wiec trochę luzu i właściwie dopiero tu dociera do mnie fakt że rozpoczęła się nasza podróż. Wszyscy zastanawialiśmy się jak tam będzie, co z paliwem, noclegami, jak nas przyjmą ludzie i jak nas będzie tamtejsza podobno wszechwładna policja traktować. Niewiadomo kiedy czas zleciał i już tankujemy we Wrocku. Gdzieś między Opolem i Gliwicami zatrzymujemy się aby coś zjeść i pożegnać Piotrka z Sylwią którzy kończą podróż z nami i wracają do domu. Dzięki i szczęśliwego powrotu, miło było że chciało się im turlać z nami ponad 300km.
Koło Gliwic spotykamy sporą grupę motocyklistów wesoło machamy łapkami i spory kawałek drogi jedziemy w dużej grupie. My musimy tankować, zjeżdżamy na stacje paliw ( trochę zamieszania było, jakiś pisk hamulców itp.), więc znów machamy spotkanym motocyklistom i.. być może do zobaczenia. Autostradę to niepłatnš jak i ta płatną pokonujemy szybko i właściwie nie ma na co patrzeć no poza widokiem na klasztor w Tyńcu. Kraków mijamy bokiem, a od Wieliczki zaczyna się normalna droga i taka też rzeczywistość, czyli remonty, światła, ograniczenia, wysepki przed skrzyżowaniami. Dojeżdżam do miejscowości Pilzno, słyszę przed sobą pisk hamulców, samochody się zatrzymują – omijam jedna puszkę, drugą i ……… widzę….to…. straszne.  Honda Taty leży na boku wyciekają z niej płyny, a gdzie Tata?????? Ufff chodzi nerwowo po poboczu. Parkuję sprzęta podbiegam do Zbyszka pytam czy cos mu dolega, ale widzę że na szczęście nie ma poważnych obrażeń. Reszta kolegów też jest już na miejscu podnosimy Shadow-kę z asfaltu i obok drogi bierzemy się za oglądanie uszkodzeń. Tata relacjonuje jak doszło do „gleby” – oczywiście jak to u nas bywa kierowca samochodu nie zasygnalizował chęci zmiany pasa ruchu tylko najpierw ostro zahamował...  no i „Tata” nie miał szans ani na zatrzymanie ani na ominięcie auta. Karol, który widział wypadek Taty, mówił nam póśniej, że wyglądało to bardzo śle. Zbyszek wywinął kilka „koziołków” na asfalcie, na szczęście kask i skóry uchroniły go od obrażeń. Moto nie wyglądało na mocno uszkodzone – krzywa kiera, złamana dśwignia zmiany biegów, zablokowana skrzynia biegów, uszkodzony kierunek, poniszczone sakwy. Tadek znalazł we wsi życzliwych ludzi i pospawał uszkodzona dśwignię, ale nic to nie dało. Mimo tego po wielu próbach nie udało się odblokować skrzyni. Wspólnie ze Zbychem podejmujemy decyzję i niestety tu w Pilznie kończy się jego wyjazd na Krym. Można wierzyć lub nie, ale nam starym chłopom zakręciła się łezka w oku przy pożegnaniu. Tyle przygotowań i chęci a wszystko wzięło w łeb.
Zbyszek zostaje na kwaterze my ruszamy dalej, póśnym popołudniem docieramy do Nienowic, małej popgrowskiej wsi, na budziku 710 km. Przyjaciele Marka przyjęli nas bardzo serdecznie, mnóstwem dobrego jadła i napitków. Najbardziej smakowała nam rybka wędzona pyszności (he he Tadek nie lubi rybki)
Siedzieliśmy do póśnej nocy, a Staszek udzielał na wielu rad na temat Ukrainy. Ech bawilibyśmy się z wami do rana, rozsądek jednak zwycięża i udajemy się na spoczynek…. No może nie wszyscy



dzień 2 - 16.07.2007
Spać nie mogę czy co? Wstałem około 7:00 a inni dopiero teraz mogli pospać, PODOBNO chrapałem jak diabli. Uzupełniłem płyny w organizmie i powoli zacząłem się pakować – powoli, bo trwało to do 10. W każdym razie około 11:00 byliśmy na granicy w Medyce i tu za radą Stasia wymieniliśmy złotówki na hrywny i dolary. Stach doświadczony bywalec po ukraińskiej stronie poradził abyśmy wymieniali kasę na najmniejsze nominały tak wiec miałem pół kieszeni jednodolarówek i masę drobnych hrywien (póśniej był kłopot z wymianą bo w kantorach nie chcieli przyjmować jedno dolarówek hehe)
Wreszcie ruszamy na przejście graniczne, kolejka samochodów na jakieś 2 godziny, słońce smali, Tadek podjeżdża do barierek bez kolejki my za nim  i … nic. Wypełniamy deklaracje, Ukraińcy sprawdzają dokumenty pytają o motocykle ble ble ble i………… jesteśmy po drugiej stronie bez żadnych problemów. A tyle nasłuchaliśmy się dziwnych opowieści o trudnościach na granicy. Wydajemy pierwsze hrywny (oczywiście na napoje), żegnamy się ze Staszkiem – dzięki jeszcze raz za gościnę - i ruszamy na podbój Ukrainy. Startujemy w samo południe, jesteśmy sporo spóśnieni - ale niby gdzie mamy się śpieszyć? Szyk ustalił się już wczoraj, prowadzi Tadek za nim Mariusz potem ja i „Dziadek” na końcu to tak ze względu na wydechy. Ukraińskie drogi od pierwszego kilometra dały w kość naszym amortyzatorom: dziury, dziury i jeszcze raz dziury. Paręnaście kilometrów od granicy zjeżdżamy na stacje Lukoil i tankujemy ich 98, pachnie jakoś inaczej, ale jak się okazało póśniej jest całkiem OK! Przy każdym tankowaniu pijemy jakieś płyny, zabieramy wodę ze sobą – jest ciepło, nawet gorąco.

Jeszcze nie zaczęliśmy dzielić się ze sobą pierwszymi wrażeniami, na razie patrzymy więcej na drogę niż na krajobrazy. Dość sprawnie pokonujemy kolejne kilometry aż do obwodnicy Lwowa, a może to nie obwodnica tylko jakaś budowa? Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy: różnice poziomów nawierzchni dochodzą do 50-60 cm, co kawałek sterczą pręty zbrojeniowe. Q...wa jak jechać żeby nie złapać kapcia??? Brak pobocza uniemożliwia jakikolwiek postój, a nawet tu na tej niby betonowej drodze przez gruzowisko fantazja kierowców ukraińskich przechodzi ludzkie pojęcie. Właśnie muszę kilka słów poświęcić tym „kozakom” – jeśdzi tu wszystko, co może się poruszać o własnych siłach, czyli zabytki przedwojenne np. Gaz 40 i supernowoczesne fury typu Audi A-8. Kierowcy ukraińscy mają głęboko w tyłku przepisy ruchu drogowego jak też innych użytkowników drogi. Wyprzedzanie na trzeciego to norma, wyprzedzanie na czwartego jest normalnym zjawiskiem a „kozacy” potrafią wyprzedzać na piątego. Linia ciągła jest dla cieniasów i obcokrajowców, ograniczenia prędkości też. Za Lwowem droga trochę lepsza jedziemy w kierunku na Tarnopol. Zauważam, że nawierzchnia zawsze jest beznadziejna w granicach miejscowości, poza nimi jest jako tako. Udało się objechać Lwów bez przebitych opon i uszkodzonych amorków uff... Nastrój w grupie jest OK. Nasze damy nie narzekają, a pewnie gorąco i jazda po tym torze przeszkód mocno daje się im we znaki. Powoli przyzwyczajamy się do sposobu jazdy Ukraińców. Policja się nas nie czepia, czyli jeeest super. Zaczynamy się rozglądać za jaką knajpką bo czas już coś „pokuszać”. Jakiś kawałek lepszej drogi Tadek pociska cos koło 115-120 ja za nim Mariusz wyjątkowo jako trzeci. Przed nami jakieś stare Ziły wloką się 60km/h linia ciągła ciągnie się prawie cały czas, teren lekko pofałdowany Tadek wrzuca lewy kierunek ja oczywiście też i łykamy te kupy żelastwa. Daleko nie ujechaliśmy, za następnym pagórkiem patrol policji już na nas czekał. Blebleble dokumenty ble ble i zapraszają mnie do samochodu, a co mi tam, mam przecież pełno drobnych hehe! Pan policjant szybko sprowadził mnie na ziemię. Mówi do mnie „Grzegorz ja nie mam czasu dawaj 100 hrywien a te drobne dolary to możesz....”  itd. No może nie dokładnie tak ale to było w takim sensie. W tym czasie Dorotka opitala gliniarza, że tylko nas czepia a Ukraińcy nawet przy policjantach linie ciągłą mają za nic. Eee tam szkoda nerwów skończyło się na 70 hrywnach to około 42 zeta, czyli nie tak wiele. Zawiniliśmy to trza płacić. Po tym spotkaniu w trochę nerwowej atmosferze jedziemy jeszcze 8 km i zatrzymujemy na pierwszy posiłek w miejscowości Ozierna. Przydrożny bar w miarę smacznie i tanio, wybór dań niezły, czyli „wsio w pariadkie”. Tu robimy małą przerwę i jest okazja aby wymienić pierwsze spostrzeżenia. Ruszamy dalej, przejeżdżamy przez Tarnopol, ładne duże miasto ślicznie położone nad rzeką Seret, ale wierzcie że ciężko jest oderwać oczy od resztek asfaltu i dziur w nawierzchni. Jak tylko chciałem zerknąć na jakiś ciekawy budynek, most, bulwar, to za chwilę wpadałem w jakiś lej po bombie - masakra - tak na prawdę to nie mamy czasu na zwiedzanie mijanych miast i nasze jest to co zobaczymy z motorka. W Tarnopolu po napełnieniu zbiorników paliwkiem i uzupełnieniu zapasów wody w organizmie ruszamy w kierunku miasta Chmielnicki. Tadek prowadzi nas bezbłędnie, mapnik ma na zbiorniku, ale popatrzeć na mapę może tylko na postoju hehe. Podczas przebijania się przez Tarnopol mijamy się z Niemcem na BMW chyba 1100 RT, oczywiście lewa w górze pozdrowionka i lecimy dalej, a po chwili gość zawrócił usiadł nam na ogonie i jedziemy razem, no fajnie zapraszamy do wspólnej jazdy. Razem jedziemy do Wołoczczijska a tu znów pomachaliśmy sobie wzajemnie - szerokiej drogi - i tniemy dalej. Jakiś autobus przed nami kopci jak diabli koniecznie trzeba go wyprzedzić, Tadek i Mariusz już migają lewym oczkiem, ja oczywiście za nimi, a jadące z przeciwka autka mrugają do nas światłami. Wiadomo radar to grzecznie zwalniamy i jedziemy wolniutko przed autobusem, o nawet już widać policjantów, a tu nagle z tyłu słychać głośne wydechy Karola, a jak wyprzedza nas z uśmiechem na ustach to Tadek odwraca się do mnie i pyta „gdzie ten Karolek tak się pcha??” Gdzie? Wiadomo prosto na patrol z radarem. Zatrzymali Karola to i my stajemy, i jak na każdym postoju wszyscy od razu chwytają za napoje. Karola szybko panowie skasowali na 40 hrywien. Można jechać dalej, ale robi się póśno wiadomo że dziś nie damy rady dojechać do Umania, więc postanawiamy szukać jakiejś noclegowni jak tylko miniemy Chmielnitski. To spore miasto nie najlepiej oznakowane, o wiadomej jakości dróg. Przebiliśmy się za miasto około 20:00 dojechaliśmy do miejscowości Krasnaja Striełka i trafiamy hotel dla TIR-ów. Zamawiamy pokoje, manele do pokoju a my do baru na pyszne zimne piwo. Smaku pierwszego piwka nie pamiętam, połknąłem je chyba razem z kuflem, no następne były smakowite.
Nasze kobiety zajęły łazienkę a my okupowaliśmy bar. Panie kelnerki dobrze potrafiły liczyć, bo płaciliśmy za piwo po dwa razy. Wieczór kończyliśmy na tarasie z kufelkiem a póśniej długie odmakanie pod prysznicem i spać, spać..


dzień 3 - 17.07.2007 
Znów wstałem skoro świt - pić się chciało, to o 5:15 zlazłem do baru znalazłem śpiącą barmankę i walnąłem zimny napój - wiecie to była coca-cola o... takiej ładnej piwnej barwie. Wszyscy jeszcze spali to i ja poszedłem grzecznie do wyrka.
Na śniadanie przygotowano nam pyszne naleśniki, w przeliczeniu za jedyne 3 złote. Ruszamy około 9:00 a słoneczko już grzeje niemiłosiernie.
Kierunek Winnica a potem Umań. Ruch na drodze duży mnóstwo ciężarówek i znów walka o przetrwanie, tu obowiązuje zasada, iż ten lepszy, kto większy, szybszy, ma droższą furę, albo też kto ma większą fantazję. Prawie każdy kierowca pozdrawia motocyklistów z początku było super, ale po pewnym czasie zaczęło to drażnić i męczyć. Pozdrowienia te to ryczące klaksony, każdy szoferak, obojętnie czy mijał nas czy wyprzedzał naciskał kilkakrotnie na klakson w momencie mijania, czyli prosto w ucho - makabra - szczególnie jak się jedzie w orzeszku. Folklor, ale bardzo uciążliwy przy takiej masie samochodów. Dojeżdżamy do Winnicy i tu trochę urozmaicenia: dwa niezłe zjazdy i podjazdy i coś niespotykanego - mijamy grupę.... kolarzy. Samochodów jak pisałem jest wiele na drodze, ale jednośladów nie ma, wcale albo prawie wcale, nie znają tu pojęcia turystyka rowerowa, motocykle widać, ale w miastach i na wioskach na trasie jest ich jak na lekarstwo. Tu też spotkaliśmy się po raz pierwszy z osobliwą metodą remontu drogi tzn. na jezdnię wylano kilka cystern smoły i po tej gorącej mazi ślizgają się samochody, nam udało się to objechać poboczem uff a było gorąco. Przed Umanien zatrzymujemy się na obiad w ładnej knajpce. Okazuje się że jest to małe muzeum Pomarańczowej Rewolucji właściciel knajpki jest też miłośnikiem motoryzacji, ma kilka starych samochodów ładnie utrzymanych i dwa motocykle, oraz Zapka przerobionego na cabrio.
Zjadamy bardzo smaczny obiadek robimy kila fotek i w drogę. Umań przez który przejeżdżamy to ważny węzeł drogowy, na prawdę jest tu duży ruch, policjantów też dużo, ale jak jedziemy zgodnie z przepisami to nas nikt nie zaczepia. Zaraz za miastem przeżywamy szok!!!!! Wpadamy na autostradę Kijów-Odesa - nowa RÓWNA,GŁADKA nawierzchnia, czyli normalna europejska droga. Chyba tylko po to abyśmy nie zgłupieli od tego dobrobytu Tadek zaplanował powrót do ukraińskiej rzeczywistości już po 30 km . Zjeżdżamy z autostrady w kierunku na Pierwomajsk i tu czeka na nas niespodzianka czyli objazd (dość długi) po remontowanej w stylu ukraińskim drodze. Na długości kilku kilometrów rozlana gorąca smoła i brak pobocza chyba jeszcze nigdy tak nie bolały mnie ręce od kurczowego trzymania kiery i pociłem się nie od gorąca tylko ze strachu, aby nie zaliczyć gleby w tym smolnym piekiełku. Całą wieczność trwało zanim wyjechaliśmy na normalną drogę. Powoli posuwamy się w kierunku Mikołajewa, droga prowadzi przez dolinę Południowego Bugu, jest to spora łagodnie wijąca się rzeka i musi być bardzo czysta gdyż w każdej mijanej wsi przydrożni handlarze oferują raki – surowe, gotowane jak i różne przetwory z nich. Handel przydrożny to też specyficzna cecha tutejszego życia, zależnie od regionu mieszkańcy wiosek wystawiają do sprzedaży owoce, albo tylko ziemniaki, arbuzy (po ukraińsku dynie), są też większe bazary przy skrzyżowaniach dróg. Drogi przeważnie biegną obok miejscowości a nie jak u nas przez miejscowości. Po obu stronach droga jest obsadzona kilkoma rzędami drzew chyba tylko po to, aby turyści nie oglądali „dobrobytu” poradzieckiego. Zatrzymujemy się w jakiejś wiosce zaraz za Mikołajewem, bo Tadziu wypatrzył beczkę z kwasem chlebowym. Pyszny napój, a najważniejsze że zimny, nie zauważyłem przy tych cysternach z kwasem żadnych agregatów chłodniczych, jednak napój był cudownie chłodny, zagryzamy „dyńką” i dalej na szlak. Robi się póśno zaczynamy, więc trzeba szukać noclegu, po krótkiej naradzie postanawiamy dojechać do Hercon miasta nad Dnieprem. Dowiadujemy się, iż na przedmieściach Herconu jest jakiś motel, a może hotel? Hm, hotel jest, ale troszeczkę drogi jakieś 270 hrywien, czyli 160 zeta. Wszyscy są zmęczeni i może zdecydowaliby się zapłacić, ale wychodzi na to, że ja musze zapłacić za cały pokój, czyli dwa łóżka. Proponuję znaleść inną noclegownie jedziemy pod hotel Inturistu i tu pytam taksówkarza o jakiś nocleg. Udało ma się trafić wg wskazówek taksiarza do… Sanatorium „Czajka”. Pewnie przydały by się jakieś zabiegi odnowy biologicznej, ale nic tu już nie działało. Swoją drogą sanatorium w centrum dużego miasta???? Motorki na strzeżony parking, klamoty do pokoi a Tadek, Mariusz, Dziadek i ja do sklepu nocnego po piwko i inne produkty. Do nocnego bo już było po godz.22. W pokoju z Karolem wypiliśmy jeszcze po browarku a może po dwa. I do łóżek. W dniu dzisiejszym prawie dogoniliśmy harmonogram wyprawy.



dzień 4 - 18.07.2007
Wyjazd zaplanowany na 9:00. Plan ambitny - dziś mamy dojechać do celu czyli nad morze Azowskie, do miejscowości Mysowoje. W czasie pakowania podszedł do nas młody człowiek w koszulce Harley-Davidson. Wiadomo że motocyklista, to pogadaliśmy gdzie, co i jak, a Walentin sam zadeklarował pomoc w znalezieniu stacji paliw i obiecał wyprowadzić nas z miasta. Poczekaliśmy pół godziny i Ukraińskij Bajker podjechał Iż-em, jak sam mówił z 1947 roku. Oczywiście maszyna poprzerabiana. Nie był to cud techniki, ale Wala jeśdził tym co miał.
Udzielił nam też rady abyśmy zmienili trasę ze względu na wypadek promu i tak jak obiecał zaprowadził nas na stację Łukoil a po tankowaniu wyprowadził nas z miasta. Trzeba było widzieć jak dumny był Walentin prowadząc mały konwój motorków. Na drodze wylotowej pożegnaliśmy naszego nowego przyjaciela - DZIĘKI WALA ZA POMOC - i pomknęliśmy jakąś podrzędną drogą. Okazało się, iż ta podrzędna droga była najlepszą drogą, jaką jechaliśmy do tej pory po Ukrainie, była dobrze utrzymana, prowadziła przez pustkowie (zero policji) i można było wreszcie więcej odkręcić manetki. Wszystko ma swoje wady i zalety, wadą tej drogi był nudny, monotonny krajobraz. Droga zupełnie bez winkli a nieliczne skrzyżowania pod kątem prostym. Płasko jak na stole bilardowym. Taka w sumie mało motocyklowa droga ech...
Dodam tylko ze bardzo silny wiatr jednostajnie wiał z jednego kierunku i trzeba było jechać w niezłym przechyle. Dziś rano kurtkę schowałem do sakwy a spodnie zmieniłem na lekkie. Jazda bez skór jest na pewno mniej bezpieczna, ale bardziej komfortowa. Zatrzymujemy się na posiłek i odpoczynek w małej miejscowości Kriwyj Pir na skrzyżowaniu dwóch szlaków. Mały bazar, podła knajpka, wszechobecny kurz, zapyziałe sklepiki, ale ludzie żyją tu wspaniali. Podeszła do nas kobieta jak się okazało Polka z pochodzenia, która opowiedziała nam dość tragiczna historie swojej rodziny. Później zatrzymał się koło nas Ukrainiec pracujący na śląsku - bardzo sympatyczny człowiek, moglibyśmy tak gadać do wieczora albo i dłużej ale trzeba jechać dalej. Oczywiście piliśmy tam kwas i jedliśmy jakieś owoce. Ręce kleiły się od soku z arbuza i brzoskwiń, a gdy zapytałem sprzedawczynię gdzie można umyć ręce to okazało się, że wodę dowiozą dopiero wieczorem...
Umyć się można tylko w mineralce, biedny kraj i biedni ludzie. Wreszcie za miastem Geniczesk mijamy granice Autonomii Krymskiej, nie ma żadnej kontroli tylko policjanci są już w białych a nie niebieskich mundurach. Pierwszy raz ukazuje się nam może Azowskie, przejeżdżamy przez słynny Biały Most tzn. my jedziemy przez nowy, bo stary skorodował od soli i nie nadaje się do użytku. Oglądamy też Arabatską Striełkę ponad sto kilometrów mierzeji na której jest droga (taki nasz Hel tylko dużo dłuższy).
Można jeśdzić drogą przez Arab.Striełke, ale to prawie pełny offroad, brak stacji paliw i kurz. Nam zdecydowanie odradzono jazdę na skróty. Za Dżankoj odbijamy na Feodosje, do celu około 200km, jakiś postój po drodze na stacji paliw i wjeżdżamy do Feodosji, widać Morze Czarne. Jedziemy wzdłuż plaży, pełno ludzi - wiadomo pełnia sezonu. Zatrzymujemy się na obiad w knajpce z widokiem na plażę.
Karol, Krystyna i ja zamawiamy miejscowe danie o nic nie mówiącej nam nazwie czebureki. To taki rodzaj pieroga z mięsem, okazało się że znów nie zawiodłem się na ukraińskiej kuchni - smaczne to było. Tankujemy i ruszamy dalej - do celu 50 km. Wreszcie witają nas Mysowoje, mijamy miasto i jedziemy do wioski o tej samej nazwie, a więc meta a na liczydle 2367 km. Tu jak wszędzie na Ukrainie nasze maszyny wzbudzają ogromne zainteresowanie. Rozmawiamy sobie z ludźmi a Tadek wykonuje telefon do pani, która miała nam zamówić kwaterę….. Oo?? Coś chyba nie gra bo Tadziek ma nietęgą minę. Hi hi hi okazało się, iż nasza znajoma jest już w Polsce a kwatery……kwatery chyba musimy poszukać sami. Ruszam z Tadkiem na poszukiwania a nasi towarzysze robią sobie zdjątka przy pomniku żołnierzy radzieckich.
Chodzimy tak sobie od domu do domu i wszędzie słyszymy...”nie ma, nie ma” jak w dawnym PRL-elu. Coraz bardziej wydłużają nam się miny bo załoga padnięta a spać nie ma gdzie. Wreszcie trafiamy na gościa, który wprawdzie sam nie ma miejsc, ale wykonuje telefon do brata i uff… jest kwatera tylko trzeba zobaczyć czy nam się spodoba. Mówię do Tadka że mi ta kwatera bardzo się podoba, choć jej nie widziałem, ale czego mamy szukać tym bardziej że… jest to ostatni dom we wsi. Wołodia nasz gospodarz prezentuje nam kwaterę: „Toalet u mnie jest” (mówił wskazując na stojacą sławojkę) „Dusz u mnie jest”(pokazał pomieszczenie z beczką wody na dachu), pokazał nam miejsca do spania i zapytał : podoba się?? My z Tadziem szybko i ochoczo potakujemy, uzgadniamy cene 5$/osobodzień i zadowoleni wracamy do reszty grupy. Warunki ………no …. no dobre, ale lokalizacja jak marzenie na samym końcu półwyspu do morza rzut beretem do knajpy tak ze dwa rzuty tym samym beretem.
Instalujemy się odświeżamy i lądujemy w knajpce na powietrzu. Po pierwsze trzeba się czymś pokrzepić, wybieramy piwo, po drugie trzeba wznieść toast za I etap podróży hehe wybieramy piwo no nie wszyscy (Ania popija jakieś drinki). I tak upływał wieczór na omawianiu poprzednich dni wysyłaniu sms-ów do domu i kolegów, a że piwo na Ukrainie jest doskonałe szczególnie jak panują upały po 40 stopni to do póśnej nocy siedzieliśmy w knajpce.



część 1 część 2 część 3 część 4




Powrót