Kresy 2008


część 1 część 2 część 3 część 4



...Jeszcze nie zdążyłem ochłonąć z wrażeń po powrocie z podbiegunowej wyprawy, a tu hyc i „nagle” – ni stąd ni zowąd – minął cały rok... Hmmm... Dokąd więc tym razem mam zaplanować podróż? – Zastanawiam się nad rozłożoną mapą Europy... A może by tak spróbować na Wschód?... Czemu nie?! – Przecież to świetna myśl! W końcu trzeba na własnym organizmie doświadczyć jak wygląda „na żywo” owa sławetna gościnność Braci Słowian ze Wschodu – kto wie, może będzie całkiem prijatno i krasiwo... Nu i kak padumał – tak i zdziełał... A zatem „na celowniku 2008” – Rosja, Ukraina i Mołdowa (bardziej znana jako Mołdawia), a także – być może w drodze powrotnej – Słowacja i Czechy. To tyle jeśli chodzi o Zagranicę, ale wyjątkowo tym razem postanowiłem także odwiedzić rozsianych po Kraju znajomych i sporo zakątków tej naszej Polski zwiedzić. W tym roku również pojadę sam a to głównie dlatego, że żaden z kumpli-motorkowców nie był zainteresowany wyjazdem w tamten rejon Europy (niektórzy już byli, niektórzy nie mogli, inni za nic nie chcieli, a może się po prostu bali – hihihi). No cóż – mówi się truuuudnooo i bierze się samemu sprawy w swoje ręce...



Dzień pierwszy – 04.06.2008

Naładowany pozytywną energią i pomny wspaniałych wrażeń z roku poprzedniego, oczekuję przed domem wraz z wypucowanym „marauderkiem” na tradycyjne, doroczne przybycie „Komitetu Pożegnalnego” – to już stały rytuał przed każdą z wypraw. I oto zjawia się nieliczna tym razem „gromada” w składzie: Mama i Tato. Z kumplami-bikerami pożegnałem się już podczas wczorajszego, wieczornego spotkania przy ognisku, a zatem nie pozostało mi już nic innego jak zrobić sobie tradycyjne fotki z rodzicami, a potem już tylko pa pa pa i ruszam w drogę...
Na jednym maszcie tym razem flaga rosyjska, bo właśnie od Rosji zacznę zagraniczną część tej wyprawy, a na drugim polska oraz „funkiel-nówka-bogatyńska” (tę otrzymałem przed godzinką w prezencie od Magdy i Jacentego-Brody – dzięki Wam Kochani!). Pogoda piękna, godzina odpowiednia – czyli nadszedł właściwy moment na zafurczenie, zaklaksonienie, łapką pomachanie i... odjechanie. Jak to zwykle w takich chwilach bywa, przez całe moje wnętrze przelała się potężna, gorąca fala radości, wzruszenia, ale pewnie również szczypta refleksji nad tym, jak też potoczy się ta samotna wyprawa... Dzisiejszy etap mam zakończyć w Kaliszu u moich serdecznych przyjaciół – Krysi i Pawła Olków. Znamy się „od zawsze”, a Paweł jest moim świadkiem ze ślubu – jakże mógłbym Ich zatem nie odwiedzić... Póki co jadę na pełny gaz i wyłapuję pierwsze owadzie skrzydełka na wyszczerzone uzębienie – hehehe. Za chwilę mam być przed salonem SKODY w Zgorzelcu i spotkać się tu z kumplem z lat licealnych – Sławkiem Lipowskim (niestety JESZCZE nie motocyklistą ale coś tak czuję, że zaczyna łykać temat). I oto jestem.
Sławek już z daleka usłyszał „moje wydechy” dlatego też nie musiałem go szukać i wyciągać z biura – stał przed salonem i czekał z aparatem w dłoni. Pogadaliśmy, podowcipkowaliśmy, pośmialiśmy się i po kwadransie uścisnęliśmy sobie dłonie na pożegnanie, ale jeszcze przedtem Sławek zrobił mi pierwsze zdjęcie z pierwszego dnia i z pierwszego odcinka etapu obecnej wyprawy.
No a teraz Ty Sławuś z powrotem DO ROBOTY!!! A ja – dalej na KANIKUŁY!!! – Hehehehe!!! Fajnie się „pocina”, gdy słonko odbija się w wypolerowanych niklach, a ciepłe strumienie powietrza pozwalają nie tylko głęboko wdychać wiosenne zapachy i cieszyć oczy zielenią i kwitnącą przyrodą, ale także umożliwiają zrzucenie z siebie ciężkiej skórzanej katany. Wobec tego przystanek na leśnej polance i zmiana wierzchniej garderoby – ufffff.
Upał wzmaga się coraz bardziej, a w żołądku echo... Minąłem już Bolesławiec, Lubin, Rawicz, a do Ostrowa Wielkopolskiego mam ledwie „rzut beretem”, w takim układzie nie pozostaje mi nic innego jak zjechać pod jakąś „gastronomiczną strzechę” i przetrącić godziwy obiadek , a także uzupełnić płyny – w końcu człowiek nie wielbłąd – napić się czasem musi – hihihi.
Dzwonię stąd do „Filka” – znaczy się – do Pawła i umawiamy się, że wyjedzie po mnie na rogatki Kalisza, co bym nie krążył pół dnia i nie szukał tej jego kaliskiej dzielnicy-Wolicy, w której przyszło jemu wraz z rodzinką mieszkać. Szczegóły miejsca spotkania uzgodnione – ruszam dalej. Może po jakichś 35 kilometrach byłem już w umówionym miejscu i skręciłem w prawo – zgodnie z ustaleniami. Hmmm... Miał tu być przecież jakiś wiadukt czy most, ale ni ma... Dzwonię do przyjaciela. – No tak... Zjechałem o jeden zjazd za wcześnie – upsss – no nie mogło być inaczej – hihihi. Wreszcie po kilu minutach spotykamy się i witamy serdecznie, a już dalej – jak po sznureczku (pewnie dlatego, że byłem pilotowany przez Pawła) – dojeżdżamy na miejsce. Jak zawsze piękna i uśmiechnięta pani Krysia tonie już w moich objęciach – a łezki z dwóch par oczu tak sobie płyną same – kapu-kapu-kapu-kap... Dziś zdjęć ledwie kilka – szkoda czasu. Najpierw musimy się przede wszystkim sobą nacieszyć, nasycić, nagadać do woli – a doprawdy jest o czym...
Do bardzo późna wspominaliśmy i opowiadaliśmy sobie o tym co było i o tym co jeszcze przed nami... Ech – jakże wspaniale jest być wśród bliskich, z którymi tak wiele się niegdyś przeżyło. Niemal dniało, gdy położyliśmy się spać...



Dzień drugi  05.06.2008

Dziś znów zapowiada się piękny, pogodny dzień. Nie sposób usiedzieć w mieszkaniu, gdy za oknem bezchmurne niebo i zieleń w ogrodzie. Nie sposób także nie zapalić fajeczki z rana, dlatego schodzę na paluszkach do ogrodu, przypalam cygaretkę i witam się z żywym inwentarzem na „filkowej gospodarce”.
Kurcze! – Jak Wy tu macie bosko!!! Krzyknąłem z nieukrywaną zazdrością, gdy Krysia z Pawłem, także już zjawili się w ogrodzie.


Po śniadaniu zaczynam znosić manele i znów obładowywać nimi motorek. Gospodarze oczywiście protestują i namawiają mnie do pozostania jeszcze choćby na jeden dzień, ale chociaż rzeczywiście mam dużo czasu do wjazdu na teren Federacji Rosyjskiej (wszak wizę wjazdową mam ważną dopiero od 9-tego czerwca), to jednak chcę jeszcze sporo miejsc odwiedzić i pozwiedzać w trakcie tej wyprawy. Zresztą już wczoraj o tym rozmawialiśmy i dlatego – mimo nalegań – wiedziałem, że rozumieli mnie doskonale, bo przecież kto jak kto ale PRAWDZIWI PRZYJACIELE rozumieją się nawet bez słów... A zatem – mimo oczywistego żalu – żegnamy się i po chwili oddalam się z miejsca, w którym zawsze byli, są i pozostaną moi wspaniali Przyjaciele. Do zobaczenia Kochani!!! W trakcie wczorajszych, wieczornych rozmów – Paweł poradził mi abym koniecznie udał się Lednogóry położonej nad brzegiem Jeziora Lednickiego, bo jest tam co zobaczyć i z pewnością znajdę miejsce na rozbicie namiotu. Tak więc za namową mojego Druha, jadę najpierw do Konina, a potem mijam Słupcę i Wrześnię, aż w końcu napotykam na oryginalną palisadę tuż przed Gnieznem.
Eeeeee-noooo.... – Nie wypada nie odwiedzić pierwszej stolicy Polski! Szukam właściwego zjazdu do centrum i już po kilku minutach parkuję na gnieźnieńskim rynku, tuż obok Gnieźnieńskiej Katedry.
A potem spacerkiem pod katedrę i jeszcze kilka ujęć spod pomnika Chrobrego, by  po godzince łazikowania ponownie znaleźć się na centralnym deptaku.

Teraz jestem całkowicie usatysfakcjonowany – spojrzeć prosto w oczy króla Polski (nie szkodzi, że kamienne – hihihi) – niezapomniane przeżycie! No cóż – czas rozstać się z królem i z królewskim grodem. Jest 15-ta, a więc jakieś żarełko zdało by się wciągnąć gdzieś na trasie. Ot choćby tu – w „baro-exkluziwie” – hehehe.


Do Lednogóry dojechałem bez błądzenia, a od przydrożnego żniwiarza dowiedziałem się gdzie można ustawić namiot. Miało to być trawiaste podwórze w obrębie pensjonatu pod nazwą „Zacisze Lednickie”, czyli tutejszego Domu Pielgrzyma... Upssss... Czy ja aby wyglądam na pielgrzyma?... No nie wiem...

Na miejscu spotykam człeka, który odradza mi spanie wśród mrówek i komarów, proponując jednocześnie gratisowy nocleg w budynku, a nadto garażowanie motorka! Rety!!! Sami święci ludzie tu żyją! No a skoro tak – to świętym raczej się nie odmawia – hihihi. W takim razie „pan motorek” do garażu, a pan motocyklista z wielkim kluczem w garści – na pokoje!– BINGO!

Wszystko ładnie-pięknie ale gdzież jest to Lednickie Jezioro? Z drogi zupełnie nie było go widać. Hmmm – słonko już z wolna obniża się na horyzoncie, a więc zostawiam wszystko w pokoju i czym prędzej idę szukać sitowia, trzcin i wody. Po drodze dopadają mnie chmary komarów tak wielkich jak ruskie czołgi! Chyba faktycznie jestem już coraz bliżej Rosji – nie tylko szuwarów – hehehe. Ale to nic – idę dalej i nagle... Łaaaaał!!! – Ależ pięknie tu!!! – Nie ma co!!!
Rozmarzyłem się nad tą wodą i przesiedziałem nad jej brzegiem do samego wieczora. Wokół tylko cisza, spokój, spokój i jeszcze raz spokój... Mógłbym tak do rana tu siedzieć i słuchać zewsząd płynącej serenady żabich zalotników ale jednak ten czerwcowy wieczór nie był jeszcze zbyt ciepły. Było już zupełnie ciemno, gdy opuściłem to urocze miejsce.


Wracając zauważyłem, że wszystkie komary już poszły spać, czyli i na mnie już pora... Oj! – Zasypiało mi się tej nocy wyjątkowo smacznie...



Dzień trzeci – 06.06.2008

To prawda, że bardzo mi się tu podoba dlatego zanim stąd odjadę na dobre, to zrobię rundkę dookoła jeziora i zobaczę, cóż tam na drugim brzegu się znajduje – Paweł wspominał o jakimś skansenie czy cuś... Ano zobaczymy. Klucz od pokoju zostawiam w dźwierzach (tak jak uzgodniliśmy to z właścicielem) i schodzę z tobołami do garażu. Pięć minut pakowania i już jestem na wyboistej ścieżce, wiodącej wzdłuż podmokłego brzegu. Wreszcie dojeżdżam wprost do bramy wspomnianego skansenu, a właściwie to było muzeum.
Z godzinkę pozwiedzałem to osobliwe miejsce, próbując wyobrazić sobie życie zarówno wojów jak i innych ówczesnych mieszkańców, krzątających się w tej ufortyfikowanej osadzie. Ciekawe czym się tu całymi latami zajmowali... Pewnie grali w pasjansa albo w kulki – no bo co na takim odludziu można robić? – hihihi. Jeszcze nie bardzo wiedziałem gdzie zakończę dzisiejszy etap, ale jednego byłem pewien – aby to znów było nad jakimś jeziorem i najlepiej w namiocie, no bo w końcu po diabła go wożę?.. Hmmm – rzut oka na mapę... Zaraz, zaraz – mam w planie przecież Malbork. W okolicy tego miasta od „niebieskich plamek” na mapie aż się roi – czyli są jeziora, a tym samym szansa na dzisiejsze spanko w namiocie jest bardzo realna. Taaaak – to jest bardzo dobry pomysł, bo po pierwsze – kroczek po kroczku zbliżam się do granicy z Rosją, a po drugie – mam w Malborku przecież kogoś kogo pragnę poznać, odwiedzić i powitać... Urokliwa Osóbka z którą wraz z Mareckim i Krassnallussem spędziliśmy trzy wspaniałe dni w Afryce – Justynka, sama z radością zaprosiła mnie do swojego mieszkanka, gdy będąc jeszcze w Bogatyni rozmawiałem z nią o mojej obecnej wyprawie i wspomniałem o ewentualnej wizycie w jej rodzinnym mieście. W takim razie póki-co, dziś atak na Dąbrówkę Malborską (duża niebieska plama w pobliżu), a jutro być może spotkanie z Justynką, jej mężem i mamą... Ech – jakże się cieszę na samą myśl! Ano zobaczymy co z tego wyjdzie – zadzwonię do niej wieczorkiem... Tymczasem lecę dalej w tę wiosnę – niczym wolna ptaszyna, zatrzymując się tylko przy CPN-ach (gdzie podobnie jak ja – ptaszyny także się zatrzymują się – niczym kierowcy) – hehehe
Dziś zaliczę etap z pewnością nieco dłuższy niż dwa poprzednie. Klecko, Janowiec Wielkopolski, Żnin i Szubin już za mną, a w tej chwili kołuję na obwodnicy bydgoskiej i obieram kurs na Świecie, Grudziądz, Kwidzyń, Sztum. Pięknie leci się po gładkiej jak stolnica drodze, a taką właśnie jest ten dzisiejszy odcinek. W Sztumie melduję się mniej więcej o 17-tej i tu przystaję na godzinkę aby posilić się kaszubskimi specjałami – nijam-nijam-nijam... Z mapy wynika, że jestem już prawie na miejscu – zostało nie więcej niż 15 kilometrów. Nafutrowany po brzegi, zjawiam się w Dąbrówce Malborskiej i niemal z marszu znajduję miejsce, o którym myślałem już od rana – czyli jezioro-cudeńko... Ymmm – lepiej wybrać nie mogłem...
Stoję nad brzegiem i napatrzyć się na tę okolicę nie mogę, ale w końcu biorę się do roboty i błyskawicznie ustawiam domek na świeżo wykoszonej łące.
Koniecznie muszę teraz skontaktować się pilnie z Justynką, aby zaplanować jutrzejszy dzień. Telefon do garści, numer wybrany – czekam… Tuuuut, tuuuut, tuuuut... – Dzień dobry Justysiu! Jestem już prawie pod Twoim domem – co Ty na to? Drżący głosik w słuchawce nieco mnie zasmucił, ponieważ zastałem Justynkę w okolicach Gdańska, a nie w Malborku – buuuu… Jaka szkoda… Jednak mimo to, bardzo mnie prosiła abym do jej mieszkania jutro pojechał, ponieważ uprzedziła swoją mamę o mojej wizycie i mam się tam czuć jak u siebie. Hmmm – skoro mimo wszystko ktoś jednak na mnie czeka, to przecież nie popełnię nietaktu i raczej skorzystam z zaproszenia, choćby nawet tylko po to aby się przywitać. W końcu poznawanie nowych ludzi jest bodaj największą przyjemnością podczas tych moich wojaży. No dobrze – odwiedzę Twoją mamę i mam nadzieję, że jej nie wystraszę – hehehe. Tymczasem trzymaj się Justysiu i do zobaczenia przy innej okazji – pa, pa, pa…
A co teraz?... Jak to co?! – Wiadomo! Ubranie z siebie „do zera” (upsss) i plum do wody! Ciekawskich informuję, iż ani syreny, ani nimfy wodne, ani też żadne inne topielice nie buszowały tego popołudnia w jeziornej toni – niech żałują – hehehe... Odświeżony, zrelaksowany i zadowolony po brzegi, wsuwam się do śpiworka i wciąż gapię przed siebie aż do samego wieczora... Wokół pusto, cicho, spokojnie – istna sielanka. Rety!!! – Jak mi tu dobrze!!! Nie wiem czy faktycznie zdążyłem wydać z siebie ten okrzyk, czy już tylko mi się to przyśniło...



Dzień czwarty – 07.06.2008

Co do pogody, to tylko jedno słowo – jest SUPER! Kawa zaparzona na łonie natury smakuje wyjątkowo pysznie i świetnie nastraja na cały dzień, dlatego też, tuż po jej „wchłonięciu” zwijam domostwo i wyruszam na Malbork. Mam do przejechania nie więcej jak 12 kilometrów w takim razie nie będę się spieszył z odwiedzinami mamusi i budził jej skoro-świt. Jest w Malborku tyle miejsc do zwiedzania, że co najmniej do 10-ej mi zejdzie. No i zeszło...
Na Zamku Krzyżackim byłem już kilka razy za młodu, ale tak jak wówczas tak i dziś, zrobił on na mnie ogromne wrażenie. Nie mogę sobie wyobrazić w jaki sposób kilkaset lat temu – bez dźwigów, betoniarek i wszelakich innych maszyn budowlanych, udało się go Krzyżakom zaprojektować i z milionów cegieł wybudować. No cóż – nałaziłem się już wystarczająco – pora na złożenie wizyty u nieznajomej. Najpierw jednak podjeżdżam do pobliskiej kwiaciarni i zaopatruję się w odpowiednie „bukieto-alibi” żeby przypadkiem drzwi nie zatrzaśnięto mi przed nosem – na widok takiego skórzastego dziwoląga z chustą na głowie, kulturalni ludzie mają prawo różnie zareagować – hihihi. OK – kwiecie elegancko przystrojone i odpowiednio zabezpieczone przed pognieceniem – jadę szukać ulicy Michałowskiego. Znajduję właściwy budynek wśród osiedlowej zabudowy i ustawiam sprzęcik pod właściwą bramą wejściową. Teraz głęboki oddech, bukiet do garści i dreptam na piętro (chyba trzecie?) pod właściwy numer mieszkania – nogi trochę drżą (a gdzie tam trochę – mam pietra jak cholera!!!!)… Stało się – nacisnąłem na dzwonek… Drzwi uchylają się z wolna i po chwili dostrzegam zdumioną twarz młodziutkej kobiety, która z powagą zerka na mnie badawczo – czuję, że zaczynają mi się pięty palić… Domyślam się, że to mama Justysi ale nie mogę wykrztusić z siebie słowa na powitanie, ponieważ coś mi się wydaje, że jednak dziś nie bardzo spodziewa się gości… Rety! – Chyba jednak stąd zwieję!… Wreszcie widzę jak na ślicznej, dziewczęcej twarzy pojawia się wciąż jakby zaskoczony lecz serdeczny i przyjazny uśmiech – ufffff – znaczy się jestem w domu… Wręczając powitalny bukiet, przedstawiam się jako najstarszy kolega jej córeczki, o którym zapewne już nieco słyszała… Ależ tak, tak – Justynka opowiadała mi o panu – potwierdza, zatem pierwsze lody zostały przełamane – jestem zaproszony do mieszkania. Przez ponad godzinę rozmawialiśmy przy kawusi, w atmosferze tak swobodnej jakbyśmy znali się od lat. Wiele osób miałem w życiu okazję spotkać i poznać bliżej, ale ta króciuteńka wizyta w gościnnych progach Marysi (tak właśnie ma na imię) sprawiła, iż na bardzo długo to spotkanie zapadnie w mojej pamięci, ponieważ poznałem osobę bardzo inteligentną, wesołą, a przy tym wyjątkowo serdeczną i miłą. Bardzo, bardzo dziękuję Tobie Marysiu za gościnę i pozdrawiam gorąco. No cóż – pora już zbierać się do drogi. Wymieniamy numery telefonów i żegnamy się. Obiecuję meldować się co jakiś z kolejnych etapów wyprawy. Gdy odjeżdżałem już z osiedla, intuicyjnie spojrzałem przez ramię raz jeszcze w stronę budynku, z którego przed chwilą wyszedłem i w jednym z okien ujrzałem pozdrawiającą mnie dłonią, moją nową Znajomą. W tym momencie zapodałem ostry klakson, następnie pełna „przegazówka”, lewa rączka w górze i ogień!!! – Ku nowym przygodom!!! Obieram kierunek na pobliski Elbląg, a potem zobaczymy. Droga bardzo dobra, pogoda jak marzenie, radocha w sercu i wiatr we włosach – no i o to chodzi!!! W powietrzu coraz wyraźniej da się wyczuć zapach morskiej bryzy i tak mnie jakoś naszło, aby z elbląskiej obwodnicy zjechać bliżej Zalewu Wiślanego i przejechać się wzdłuż plaży, aż do miasta Kopernika – czyli do Fromborka – tu jeszcze nigdy nie byłem. Plan zrealizowałem śmigając przez Suchacz, Kadyny, Tolkmicko i Pogrodzie. Po lewej ręce falujący Zalew, a po prawej zielone lasy – ymmm, cóż za piękna trasa. We Fromborku zameldowałem się około pierwszej po południu, ustawiając się tuż przy baszcie widokowej i pomniku naszego wielkiego astronoma.
Jak okazało się niebawem, zaparkowali tu również uczestnicy zlotu motocyklowego, który odbywał się od kilku dni w pobliskim Tolkmicku (szkoda, że nie wiedziałem o zlocie, gdy tamtędy nie dawno przejeżdżałem). Szybko jednak zaznajamiam się z wesołą „kompaniją” – to normalne – i porozprawialiśmy sobie przez dłuższą chwilę o naszych motocyklowych tematach. Potem pamiątkowe fotki – a jakże... Niesamowicie spodobał mi się ten „TRAMBORDŻINI” przyozdobiony autentycznym trampkiem – super pomysł!!! Naturalnie on także był uczestnikiem i maskotką tolkmickiego zlotu.
Gdy zlotowcy odjechali, poszedłem do baszty obczaić jakieś pamiątki, a tu niespodzianka... Oprócz stoiska z „souvenirami” oraz biura informacji turystycznej, można tu było także nabyć bilety na rejs statkiem na Mierzeję Wiślaną, a ściślej do Krynicy Morskiej... Promu, a nawet przystani promowej stąd co prawda nie widać, ale pewnie jest gdzieś w pobliżu, skoro tu kupuje się bilety. Jeśli dobrze sięgam pamięcią, to od pierwszej dalekiej ekspedycji z roku 2003, nie zdarzyło mi się jeszcze tak, abym w którejkolwiek z kolejnych podróży, nie zaliczył choćby jednego odcinka „jazdy po wodzie”. A więc może by tak statkiem do Krynicy Morskiej?... Podchodzę do siedzącego przy stoliku dżentelmena w białej, marynarskiej czapce na głowie i z długą, wygiętą jak znak zapytania fajką w zębach, a na dodatek z lekko już siwiejącą brodą. Normalnie – książkowy kapitan Nemo!!! Dzień dobry! – Przepraszam pana – czy są jeszcze do nabycia bilety na dzisiejszy rejs do Krynicy? A ile pan potrzebuje? Chciałbym tylko jeden na osobę i jeden na motocykl... Na mo-to-cykl?! – Facet krztusi się fajkowym dymkiem i z niedowierzaniem na mnie patrzy... No tak, na motor inaczej mówiąc... Ależ to jest ABSOLUTNIE WYKLUCZONE, gdyż statek nie jest przystosowany do przewozu pojazdów – to niewielka pasażerska, typowo turystyczno-wycieczkowa jednostka... Ale ten mój motoreczek też jest taki tyci-tyci-malućki, więc może jednak da się coś zrobić?... Mój rozmówca – rzeczywiście kapitan tej jednostki, jak się wkrótce okazało – wychodzi na dwór aby rzucić okiem na tę zabaweczkę i kładzie się ze śmiechu. Hahahahaaaaa – udał się panu ten żart jak cholera! Nie ma co!!! Hahahahaaaaa – Dawno się już tak nie uśmiałem i dlatego mimo wszystko i wbrew przepisom, spróbujemy jakoś tego pańskiego byka za rogi tam wciągnąć – hahahaaaaa. Ja także zacząłem rechotać ze śmiechu i z radości skakać do góry, bo znów mam farta!!! Bilet w garści – jadę do przystani. Upsssss – No faktycznie będzie problem z wjazdem przez tę boczną furteczkę... Na szczęście znalazła się jednak jakaś grubsza decha o szerokości moich opon i centymetr po centymetrze wjechałem na pokład „ANITY” – BINGO!!! Dzięki Panie Kapitanie!!!
Wkrótce pokład zapełnił się gromadą wesołej młodzieży szkolnej, a także dorosłymi wycieczkowiczami, a dokładnie o 15.00,  wciągnięto cumy – znaczy się – płyniemy! Ahoj przygodo!!!
W ten oto niekonwencjonalny sposób, wieloletnia tradycja morskich przepraw „promowych” została jednak zachowana i postaram się już o to, aby w następnym roku, także ją kontynuować – to takie miłe – niby nie jadę, a jednak jadę – hihihi. Po dwóch godzinach sędziwa „ANITA” dobija do krynickiego nabrzeża. Zjechać z pokładu było jeszcze trudniej (bo  tyłem) ale „dalim radę” – (ledwie) hehehe. W mieście gwarno, tłoczno – ruch jak w szczycie sezonu. Nie lubię takiego ścisku, dlatego postanowiłem pojechać wzdłuż mierzei i znaleźć gdzieś w okolicy jakieś spokojniejsze miejsce na biwak lub kwaterę – tym bardziej, że przydałoby się wziąć natrysk po wyczerpujących manewrach na „krypie-ANICIE”. Odpowiednie lokum znalazłem w Kątach Rybackich i tu także zostałem na nocleg.




Dzień piąty – 08.06.2008

Pogoda wciąż wspaniała! Raniutko podłączam komórkę do ładowarki w motorze (zapomniałem zrobić to w pokoju) i po wyjściu na podwórko, ucinam sobie pogawędkę z „sąsiadem”.
Plan na dziś, to dojechać jak najbliżej granicy – od jutra, wiza rosyjska nabiera mocy. Spoglądam na mapę i wydaje mi się, że najlepszą bazą przed jutrzejszym szturmem na Rosję, będzie Nowa Pasłęka – stąd to już tylko „żabi skok”. Ekwipunek na sprzęcie, paliwo pod korek, gębula uszczęśliwiona od ucha do ucha – nu i paszoł ja w pjeriod! Bez zatrzymywania szarżuję przez Sztutowo, Tujsk, Nowy Dwór Gdański, Elbląg (wczoraj też już w nim byłem), Wierzno Wielkie, a postój na „lunch” – hehehe, dopiero w Braniewie.
Jak to na każdym postoju bywa – chętnych do zrobienia fotki z „panem motocyklystą” – nie brakuje i nie ukrywam, że jest to bardzo miłe. Od ojca tej młodej pannicy dowiaduję się, że dokonałem dobrego wyboru kierując się do Nowej Pasłęki, a przy okazji podpowiedział mi abym zatrzymał się w tamtejszej tawernie pod nazwą „Dom Rybaka”. Zna to miejsce osobiście i gwarantuje nie tylko tanie zakwaterowanie ale także miłą obsługę i piękne walory przyrodnicze całej okolicy. No proszę – jak dobrze jest być otwartym na ludzi... No i faktycznie tak było. Zbliżając się do miejsca docelowego, raz po raz zatrzymywałem się i robiłem zdjęcia na lewo i prawo, ponieważ  odnosiłem wrażenie, że tu czas jakby zatrzymał się i przycupnął na dłużej w tych malowniczych stronach.
Gdy tylko wjechałem na dziedziniec Domu Rybaka, od razu przywitała mnie gromadka zaciekawionych osób – zarówno stacjonujących w tym ośrodku żeglarzy jachtowych jak i gospodarzy tego obiektu. Bardzo szybko znalazł się „garaż” dla niestrudzonego jednośladu (drewniana wiata w której zazwyczaj grillowano w czasie niepogody) oraz „wychuchany pokoik” na poddaszu dla motocyklisty. Faktycznie lepszego miejsca wybrać nie mogłem – jest plaża, jest morze, jest rzeka, jest pięknie, jest sielankowo, jest BAAAAAARRRRR czyli jest SUPER!
Całe popołudnie spędziłem na plaży – a to kąpiąc się, albo leżąc plackiem na piachu, albo też spacerując wzdłuż brzegu morza – wiadomo – jak to na plaży w upalny dzień. Będąc już nieźle „podpieczony” czerwcowym słońcem, wróciłem na podwórko Domu Rybaka, a tu niespodzianka... Gospodarz wraz z przyjaciółmi raczyli się dopiero co upieczonym karczkiem i kiełbaskami z grilla, no i oczywiście zaprosili mnie do swojej gromadki. Do wieczora zeszło nam na żartach piwkowaniu, a także kolejnych specyjałach z grilla i ciekawych żeglarsko-motocyklowych opowieściach. Jest o czym opowiadać, gdy ma się pasję...
Było już grubo po 23-ej, gdy położyłem się do łóżeczka...



część 1 część 2 część 3 część 4