"Kraina ognia i lodu" czyli Islandia 2007




część 1część 2część 3część 4





„...Cieszy mnie to, że wciąż rodzą się kolejne nowe marzenia, którym ze wszystkich sił będę starał się sprostać. Wierzę, że mój Dobry Los o tym wie i także pomoże mi w ich spełnieniu, a jeśli tak  – to już wkrótce powstanie relacja zza Koła Podbiegunowego  – cel Islandia...”

Powyższy cytat przytoczyłem z albumu kończącego opis wyprawy z roku 2006 lecz pisząc wówczas te zdania absolutnie nie sądziłem, że ów wyznaczony cel będę musiał osiągnąć sam.
No cóż – czasem tak bywa, że to Los dyktuje nam zgoła inny scenariusz do zrealizowania niż ten, który wcześniej planowaliśmy i zamierzaliśmy wykonać –  tak właśnie stało się tym razem. Na kilka tygodni przed rozpoczęciem wyprawy w roku 2007, kompan mój i towarzysz wszystkich poprzednich podróży czyli Marcin – niestety z różnych przyczyn musiał zrezygnować z tego wyjazdu...




Przeddzień wyjazdu – 03.06.2007
Dziś niedziela a na dodatek moje imieniny, tak więc jest wyśmienita okazja do spotkania się z całym Motocyklowym Bractwem oraz dodania sobie werwy i animuszu przed jutrzejszym wyjazdem. Jakże było mi przyjemnie i miło, gdy na moje zaproszenie do ogniska na ogródku przy Nadbrzeżnej 15, zjawili się niemal wszyscy, a ci których nie było – po prostu być nie mogli. Przy ogniu i muzyce, przy pieczonych kiełbaskach i piwku, przy śmiechu i dowcipach mijały ostatnie godziny mojego „wypoczynku” przed podróżą.
Niech się komu nie zdaje, że perspektywa samotnej wyprawy w tak odległe strony, napawała mnie jedynie bezgraniczną, ślepą radością – Oooo nie! Miałem masę obaw i wątpliwości, a także świadomość podjętego – bądź co bądź – ryzyka, jednak ta niewidzialna siła co to pcha człowieka do przodu oraz zdobyte wcześniej doświadczenie, a także wiara w kolejny uśmiech Losu no i ten dzisiejszy wieczór wśród przyjaciół sprawiały, że jednak gdzieś tam w podświadomości coraz wyraźniej słyszałem dobitne: ...„Jedź, jedź, jedź – dasz radę”...



Dzień pierwszy – 04.06.2007
Krążę od świtu wokół Marauderka i pucuję nikle, sprawdzając jednocześnie czy czegoś nie zapomniałem zapakować. No niby wszystko jest... Najważniejsze jednak, że flagietki są w sakwie i że ta duńska już tkwi na maszcie (Dania to pierwszy obcy kraj na trasie, a więc zwyczajowo już spod domu z taką właśnie startuję). Pogoda do jazdy dobra bo nie pada ale chmur więcej niż niebieskiego – nic to – dziś etap tylko do Świnoujścia, a pojutrze dzień postoju tak więc gdyby nawet po drodze padało to i tak będę miał czas na ewentualne wysuszenie się. Zresztą nie ma co krakać. Zbliża się ósma i jako pierwszy zjawia się tato Tomasz, a chwilę po nim mama Jasia.
Ojciec jak zwykle podpowiada, doradza fachowo i wypytuje o stan przygotowań, a mama jak zwykle odradza i namawia żebym dał sobie spokój z tym wyjazdem – baaaardzo śmieszne. Fajnie, że Grzesiek przyjechał wczoraj z Jeleniej Góry do domu i że razem z Pawłem zeszli przed garaż, to chociaż przez jakiś czas „przechwycą” ubolewającą babcię i odciążą mnie od jej lamentów – hihihi. Około 9.30 zjawiają się (na motorkach oczywiście) Grzesiek „Gregust-man” i „Dziadek” Karol – już wczoraj podczas imprezki obiecali, że chociaż do Zgorzelca mnie będą eskortować, a tym samym przez pierwsze 30 km tej wyprawy, będę jednak miał towarzystwo. W międzyczasie pojawił się także Jacenty „Broda”, aby uścisnąć dłoń na pożegnanie i tak oto powstają kolejne fotki wyjazdowe w coraz to liczniejszym gronie.
Koniec żartów – wybiła godzina „zero” (a tak właściwie to 10.30), a zatem czas wreszcie ruszać w drogę. Odpalam maruderka (babcia w płacz), Karol i Grzesiek także odpalają swoje sprzęty. Zadudniało, zafurczało (ojciec i synowie Grześ z Pawłem kciuki do góry, a mama – co prawda przez łzy – ale w końcu także się uśmiecha). Teraz sprzęgło, „jedyneczka”, klaksony trąbiące na full, lewa rączka w górze i poszli – hurrraaaaa!!!! Mijamy Działoszyn na sucho ale już w Krzewinie zaczyna kropić, a po chwili rzęsiście pada – czyż to zawsze musi tak być?! Szkoda mi chłopaków, żeby mokli dlatego zjeżdżam na przystanek PKS i proponuję im odwrót ale gdzie tam! – Karol powiada, że to przelotny deszczyk i ani myślą zawracać (ot – twardziele! – hehehe), zatem lecim dalej. Rzeczywiście nie padało zbyt długo i ostatnie 10 kilometrów do Zgorzelca przejechaliśmy już w słońcu i po suchym asfalcie. Stacja ORLEN w Zgorzelcu to takie miejsce, w którym bądź to się spotykamy, bądź też – tak jak w tym przypadku – żegnamy. To było bardzo miłe, że koledzy poświęcili swój czas i chociaż te pierwsze 30 km przejechali ze mną. Już po rozstaniu się z Karolem i Grześkiem byłem zdany zupełnie sam na siebie i to przez kolejne TYSIĄCE kilometrów – tak mi się przynajmniej wówczas wydawało... No dobra – do rzeczy. Trasa do Zielonej Góry spokojna i bez emocji, no może za wyjątkiem bistro-knajpeczki pod nazwą „BOLERO”.
Przystanąłem tu na Colę bo śmiać mi się zachciało z tego, że ujechałem spory kawałek, a tu – masz ci los – BOLERO czyli tak jakbym z miejsca się nie ruszył a to dlatego, że w Bogatyni – właśnie w knajpce pod tą samą nazwą – mam okazję do częstych spotkań ze znajomymi ale raczej nie przy Coca-Coli. Spoglądam na niebo a tam coraz bardziej ołowiano – hmmm... W takim razie szkoda czasu – trza wiać przed deszczem. Po kilku kilometrach – stało się – lunęło jak w 2004 w Rumunii (kto wtedy tam był – pamięta). No i tak do samego Szczecina! Rety! – Ależ mnie zlało! Nic nie pomogły częste przystanki i chowanie się pod dachy CPN-ów lub zajazdów – koszmar. W końcu jednak ten wredny prysznic ustał, a od Szczecina nawet słonko się przebijało – uffff, może choć trochę obeschnę zanim dojadę do Świnoujścia. Być może Ania i Krzyś do których zmierzam, nie przestraszą się mnie jak jakiegoś „wymoczonego wymoczka”... No właśnie – jadę do osób, których wcześniej nigdy nie znałem ale w trakcie przygotowywania się do wyjazdu – jeszcze w marcu – zadzwoniłem do biura POLFERRIES w Świnoujściu co by o rezerwację biletów do Kopenhagi wypytać. Dziewczęcy głos, który usłyszałem w słuchawce był nieco znużony moimi kolejnymi standardowymi pytaniami o to „ a co, a jak, a za ile, a rozkład rejsów, a kiedy, a gdzie” itd., itd., itd. Dopiero wówczas gdy padło zdanie, że chcę zarezerwować również bilet na motocykl – nagle jej głos zmienił się diametralnie – aż do wesołości. Okazało się bowiem, że Ania (tak właśnie na imię ma moja rozmówczyni), także jeździ motocyklem wraz  ze swoim chłopakiem Krzysiem. Teraz wszystko potoczyło się biegusiem. Bilety zarezerwowane od ręki, humory doskonałe, trochę wymiany zdań o naszym wspólnym motorkowym zamiłowaniu, a przy okazji podałem jej adres naszej stronki internetewej i już po kilkudziesięciu minutach – znacznie więcej wiedziała co ze mnie za jeden. Bardzo się także ucieszyłem, gdy wpisała się do „Księgi Gości” i zaproponowała mi „wdepnięcie” do nich do Świnoujścia w dniu, w którym już wyruszę w tę podróż – no i oto właśnie w tej chwili „słowo ciałem się staje” – hihihi. NIE MA TO JAK MOTOCYKLIŚCI!!!!! W momencie gdy przepłynąłem już na drugi brzeg Świny i zatrzymałem się na niewielkim CPN-ie, wysłałem sms-a do Ani i zameldowałem się gdzie jestem. Po chwili razem z Krzysiem podjechali autkiem, a następnie – po przywitaniu się – pomykałem już za nimi do miejsca przeznaczenia czyli do ich domu, czyniąc po drodze „niewielkie zakupy” - upsss. Zatem cel pierwszego etapu został osiągnięty (około 19-tej). Jeszcze tylko ustawienie motorka w garażu, wypakowanie niezbędnych „płynów”, ustawienie grilla i z wolna można zaczynać „wieczerzę” – hihihi.
Zanim jednak zdążyliśmy rozpalić węgle, zjawili się Różyczka i Piotrek – znajomi Ani i Krzysia. Śmichów chichów było co nie miara, bo oboje też weseli i do żartów chętni, a więc wieczór zapowiadał się doprawdy wesoło. No chociażby właśnie rozpalanie grilla przy pomocy palnika na propan-butan! Ależ była zabawa, gdy brykiety fruwały po całym palenisku, a ten najbliższy spłonął w pięć sekund! – hehehe... Do drugiej w nocy garaż tętnił muzyką, śmiechem i psssssykaniem puszek – hihihi.
I w ten właśnie sposób kończył się pierwszy dzień mojej „samotnej” podróży. Gdy położyłem się już w swoim pokoju, myślami wróciłem raz jeszcze do tego wszystkiego co dziś się zdarzyło i z wolna zacząłem „odpływać”... Dobranoc.


Dzień drugi 05.06.2007
Jak nigdy – spałem prawie do dziewiątej!!! Często mi się to nie zdarza, no ale faktycznie smacznie się spało. Ciekawe czy Ania nie zaspała – przecież musiała pójść do pracy na ósmą, a do firmy ma spory kawałek drogi. Tymczasem zrywam się na równe nogi i po porannej toalecie, wychodzę na dwór zapalić. Po kilkunastu minutach zjawia się także Krzysiek i planujemy wspólnie w jaki sposób spędzić dzisiejszy dzień – prom do Danii mam przecież dopiero o 22-ej, a więc czasu jest w bród. A zatem najpierw śniadanko, a potem idziemy na pięterko do pokoju Krzysia – ponoć ma tu niezwykłą hodowlę zwierzątek. Z pit-bull’em i krzykliwą „sarenką” zapoznałem się już wczoraj ale to co zobaczyłem w tej chwili było rzeczywiście niezwykłe. Pyton, jadowite ptaszniki i skorpion, a także szczur któremu się upiekło (miał być śniadaniem dla pytona ale ten akurat nie miał apetytu), ponadto oswojona jaszczurka i rybki w akwarium – nie źle jak na niewielki pokoik.
Ufff – Cośmy się strachu najedli, gdy w pewnej chwili ten czarno-pasiasty ptasznik zwiał z terrarium (Krzysiek próbował go wyjąć i pokazać mi go z bliska) i biegając po całym pokoju w końcu schował się za szafę. Na szczęście po kilu minutach udało się go zlokalizować i złapać. Poranek jak widać zaczął się od emocji dlatego też postanowiliśmy, że już ich na dziś wystarczy i teraz pojedziemy autkiem nad morze, a później w okolice parku krajobrazowo-przyrodniczego. No chyba sobie nie wybaczę, że na tę przejażdżkę nie wziąłem ze sobą aparatu – skleroza!!! A było co zwiedzać i podziwiać. Już nie mówię o spacerze po pięknej świnoujskiej plaży ale przecież to niezbyt płochliwe stadko lisów na środku drogi lub czaple i żurawie tuż przy poboczu albo ten kormoran co łykał rybę większą od samego siebie – to musiało zostać sfotografowane, a niestety – nie zostało... To z resztą nie był pierwszy i jedyny raz w czasie tej wyprawy, gdy zapomniałem zabrać ze sobą aparat, a przez to płaczę do dziś – no cóż – gapa ze mnie i tyle. Około 14-tej wróciliśmy do domu na obiad, a za niedługo wróciła także Ania z pracy. Wiem, że była zmęczona i niewyspana ale mimo to, po obiedzie pojechaliśmy wszyscy razem do miasta na zakupy – znaczy się zakupy dla mnie czyli konserwy, zupki, pasztety, papierosy oraz piwko (TATRA-MOCNE oczywiście) itd., itd., itd... Wracamy do domu z pełnymi siatami i jakoś to upycham ale i tak wszystkiego nie dało rady. Czas mija szybko i ni stąd ni zowąd zbliża się wieczór... Tuż przed dwudziestą – w eskorcie moich świnoujskich przyjaciół – jedziemy na motorkach do miejsca pracy Ani, czyli na terminal promowy Ferrielines. Tu dziękuję im za gościnę i za wszystko co dla mnie zrobili, a po około kwadransie żegnamy się serdecznie. Teraz pozostało mi już tylko wjechać do ładowni promu, a następnie rozgościć na jego pokładzie. Przy zapadających ciemnościach (dokładnie o 22.00) prom odbił od nabrzeża rozświetlonego portu w Świnoujściu, kierując się na Kopenhagę.
Ech – jakże cudownie rozpoczęła się ta moja podróż! Ciekawe co też spotka mnie dalej... Póki co robi się chłodno, a więc opuszczam dek i idę tam skąd dochodzi głośna muzyka. Skoro jest muzyka, to może i tańce będą? – hihihi. Faktycznie – nie pomyliłem się! Podobnie jak kiedyś na promie z Brindisi do Iguomenicy, tak i tu dają czadu ostrymi kawałkami, a ludziska bawią się w najlepsze. No tak – znalazłem zatem swoją „kajutę” – hehehe... Tancjor być może ze mnie nie najlepszy ale com się wyskakał tom się wyskakał. Na koniec pamiątkowa fotka na specjalne zamówienie. Pozdrawiam Was serdecznie dziewczęta, a Kasię szczególnie gorąco!
Jeszcze jedno piwerko (a może i dwa), no i czas jednak się przespać tym bardziej, że zabawa dobiega końca, a na zegarku już trzecia. Wczoraj do drugiej, dziś do trzeciej – no nie źle mi idzie – hihihi...


Dzień trzeci – 06.06.2007
Niby zmęczony jestem ale jakoś nie bardzo mogę spać. Budzę się co pół godziny i przewracam z boku na bok – chyba mi się w głowie od tych fal kręci czy cuś, no ale w Kopenhadze mamy być około ósmej, to pewnie intuicyjnie czuwam żeby nie przegapić i wysiąść z promu na czas. W takim razie nie ma co leżeć i się męczyć – wstaję, biorę aparat i idę na dek obadać czy coś ciekawego za burtą się pojawia. No proszę – są ciekawostki. – Choćby na przykład wiatraki na otwartym morzu albo tam hen na horyzoncie ten ogromny most nad wodą. Czyżby to był ten, po którym można przedostać się do Szwecji? Hmmm – wielgaśny i długaśny jest – to może i ten... Jeszcze kilkanaście minut minęło i oto pojawia się cel i meta całonocnego rejsu czyli duńska stolica – Kopenhaga. Do portowego nabrzeża przycumowaliśmy dokładnie o 08.30, a już 15 minut później śmigałem przez miasto.
Nie zabawię tu jednak zbyt długo ponieważ tak szczerze mówiąc to trochę mi się spieszy do Bergen w Norwegii bo przecież 10-tego czerwca o piątej rano mam stamtąd płynąć do Islandii, a nawet biletu jeszcze nie mam. Ponadto nie mam pojęcia ile dni potrzebne mi będzie aby przebrnąć przez potężne Góry Skandynawskie i do tego portowego Bergen na czas dojechać. No bo skąd mam wiedzieć czy tam wyżej na Północy, na przykład śnieg na drodze jeszcze nie leży - hihihi... Tymczasem przede mną jeszcze kawał Szwecji, a później Norwegii no a w niej właśnie te górzyska. W takim razie przelatuję przez całą Kopenhagę właściwie bez zatrzymywania się i od razu biorę kurs na Oresundsbron czyli na ten gigantyczny most, który widziałem z pokładu promu. Wystarczyło zaledwie 20 minut jazdy kopenhaskimi ulicami, aby bez problemu – kierując się oznakowaniami na szwedzkie Malmö – trafić wprost na ten graniczny most nad Cieśniną Oresund oddzielającą Danię od Szwecji.
A gdy już na niego wjechałem, musiałem dokonać aktu zmiany flag na maszcie, ponieważ ujrzałem unijną tablicę z napisem SVERIGE. Stanąłem oczywiście w miejscu absolutnie niedozwolonym do zatrzymywania się i gdy po zrobieniu dokumentalnej fotki chowałem aparat do pokrowca, miałem już za sobą towarzystwo dwóch zdziwionych, ale i uśmiechniętych szwedzkich policjantów – hihihi. Czy się czepiali? – Ależ skąd! Nawet kazali mi poczekać chwilkę aż mnie wyprzedzą, a potem „kogucikami” ostrzegli jadących z tyłu, że właśnie pan motocyklysta wjeżdża na właściwy pas ruchu – hehehe (ja to mam fuksa!). Puścili syrenkę i znów kogucika, a potem pomachali i tyle mnie widzieli jak ich wyprzedzałem. W tym momencie zastanawiałem się ile kasy musiałbym wybulić u nas za taki numer – hmmm. Przez Malmö przejechałem piorunem, bo jak wszyscy zapewne wiedzą, skandynawskie pojęcie „miasto” różni się zdecydowanie od naszego. Zabudowa niska, domy rozrzucone znacznie od siebie, dużo zielonych skwerków i parków, a jedynie znane szyldy i logo marketów świadczą o tym, że faktycznie znajdujemy się w „dużym” mieście. Za to drogi nie zatłoczone, oznakowane wyśmienicie i nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego gdzie się kierować, aby dobrze pojechać – brawo Skandynawia!
    Teraz pnę się ostro „do góry” na Göteborg, a w zasadzie to już na norweskie Oslo, bo droga ta sama i obydwa miasta widnieją na tych samych tablicach. Kilka kilometrów przed Falkenbergiem zjeżdżam zatankować, a tu po chwili cała zgraja motorkowców na Harley’ach przy moim motorku przystaje. Podchodzę do nich bo widzę jak cmokają nad szybą z naklejonymi flagami wielu krajów i rozglądają się za właścicielem sprzęta. Tak, tak – to ja tym maruderkiem po całej Europie szaleję. Mówię to po niemiecku, bo wiem, że na bank któryś z nich musi znać to „szwargotanie”– no i znali wszyscy jak się szybko okazało. Rozmawialiśmy na różne tematy, ale pytali mnie przede wszystkim o to jak jest w Polsce i jakie drogi teraz u nas... Głupio mi było powiedzieć prawdę, dlatego od razu napomknąłem, że ja tylko za granicę wyjeżdżam bo blisko mam do Czech i do Niemiec i że świata ciekawym dlatego własny kraj zostawiam sobie „na później”. Tym wykrętem jakoś przemilczałem temat i wybrnąłem z tymi bodaj 550 km autostrad na całą Polskę – ależ obciach...
Jak dotąd – co postój, to i towarzystwo – BINGO! Kilkanaście minut zeszło nam na wesołym plotkowaniu ale w końcu trzeba było się rozstać. Odprowadzili mnie jeszcze jakieś kilkaset metrów, a potem wyrwali na całego. Wtedy już po raz któryś, zadałem sobie pytanie: No i po co przed wyjazdem martwili się wszyscy, że ja SAM w tę podróż jadę? No właśnie – a’ propos jadę. No więc jadę sobie dalej przez ciągnące się dziesiątkami kilometrów iglaste lasy, aut na drodze nie wiele, a o ludzkich osadach można zapomnieć. Czy ktoś pamięta jak to było w czasie jazdy przez Estonię w 2003 na Via Baltica? – Tu jest dokładnie tak samo – nieprzebyte lasy, knieje i cały czas prosto jak byk sz....ał. O!!! – Nagle pojawiło się coś co to zapewne ludzka ręka stworzyła – most! Yes, yes, yes!!! Widzę pierwszy od dwóch godzin zakręt i to, że przynajmniej ten most NIE jest drewniany! – hihihi.
Jest już późne popołudnie a słońce i upał daje do wiwatu. Trzeba by pomału za jakimś miejscem na spanie się rozglądnąć, bo wieczorem będzie trudniej. Göteborg minąłem już dawno, a do Norwegii zostało mi może ze 20 km w związku z tym nie ma co chomikować szwedzkich koron tylko zatankować bak do pełna (akurat na tyle ich miałem) i postawić gdzieś namiocik. Skręcam zatem z głównej i dojeżdżam do fajnego miejsca nad jeziorkiem. Pięknie tu ale żywego ducha nie widać – hmmm... No nie będę się rozkładał z majdanem pod nieobecność gospodarzy – nie wypada. Robię w tył zwrot i nieopodal znajduję kilka domków, a przy jednym z nich krzątają się ludziska. W takim razie zatrzymuję się i zagaduję do starszego faceta: Da radę abym się u Państwa na jedną noc rozstawił? Gość nie widzi problemu ale kobitka (żona jak się nazajutrz okazało) kręci nosem, że tu dopiero skoszona trawka i że pograbione i że może spytam u sąsiadów... O żesz ty niedobrotko! – Krzyknąłem w myślach. To ja tu do Ciebie ze szwedzką flagą i tyle kilosów nabijam, a ty mi tu o trawce i sąsiadach?! Powiadam jej więc, że tak zmęczony jestem, że i tak się stąd nie ruszę i że najwyżej namiot rozstawię na środku drogi i niech mnie ktoś rozjedzie – wszystko mi jedno.... Normalnie zwątpiła... No dobrze, już dobrze – niech się pan rozstawia z tym namiotem ale może chociaż motor niech zostanie tam na żwirku. OK – na to daję zgodę – uuuchaaachaaachaaachaaa!!! Ech – te kobiety... Tym oto sposobem miałem po raz pierwszy okazję do spania w nowiuśkiej jedyneczce i do podymania sobie. Podymania sobie – znaczy się – napompowania materaca.
Wokół las, cisza, spokój, jedynie tu i ówdzie jakaś ptaszyna zakwili, a ja leżę sobie jak książę pan pod baldachimem i czekam aż mi się woda w kubku na zupkę błyskawiczną zagotuje – po pół godziny wreszcie się zagotowała – hehehe. Gospodarze niemal bez przerwy mnie obserwują kątem oka, a widząc moją skromną garkuchnię i ogólnie niewielki dobytek, nie mogli wyjść z podziwu jak ja sobie dam radę w dalszych etapach tej wyprawy. Odpowiedziałem krótko: - Dzięki takim ludziom jak Państwo, jestem bezpieczny i spokojny przez całą drogę – ależ to podziałało – hehehe. Zaproszono mnie do łazieneczki, był natrysk, pachnące wody i zabawny ręczniczek – niby z materiału a jednorazówka – dziwne. Wygolony, świeżutki i lśniący mogłem już teraz zanurzyć się w śpiworku i oddać błogim snom. Choć wciąż było widno, zasnąłem jak „słodkie baby”...


Dzień czwarty – 07.06.2007
Cóż za piękny poranek mnie przywitał – ymmm... Ledwie przetarłem oczęta i rozpiąłem wejście do namiotu, a tu pani z tacą stoi i kawusię z czajniczka proponuje!!! Mało tego, że kawusię to jeszcze dwa wielkie kawały ciepłego ciasta swojskiej roboty!!! Całą noc piekli czy co?! Nieeee – no tak pięknie to jeszcze nie było... A mówią, że na Zachodzie to tylko sami tacy zimni i nieprzystępni ludzie żyją – „gó...o–prawda”, sprawdziłem. No tak – pojadł, popił – czas jechać dalej. Zwinąłem domostwo, pożegnaliśmy się serdecznie i ruszyłem w stronę przejścia granicznego. Minęło może z 15 minut, gdy już znalazłem się w Norwegii. Kolejna nalepka na szybę i kolejna zmiana flagietek na maszcie – uwielbiam ten moment – hihihi. Słońce nad głową, niebo bezchmurne, nastrój doskonały, a więc pewnie spory kawałek dziś podciągnę. W pewnej chwili dostrzegam budowlę, jako-żywo przypominającą tę z Francji z ubiegłorocznego turnee do Afryki. No nieeee – ten plac budowy muszę koniecznie sfotografować ekstra dla Krasnala. Wtedy obaj robiliśmy zdjęcia podobnej konstrukcji i pewnie się Marcin ucieszy i zdziwi, gdy teraz te moje zobaczy.
Droga do Oslo minęła szybko. Niestety muszę się przyznać, że po centrum pobłądziłem ze dwie godziny, ponieważ drogowskazów na Bergen owszem było sporo ale za to w różnych kierunkach. Spodziewałem się, że tak będzie bo rzeczywiście z mojej mapy wynika, że można tam dojechać kilkoma trasami ale jakoś nie mogłem trafić na ten właściwy wariant dlatego też musiałem się kilkakrotnie wracać do centrum. W końcu przystanąłem na jakiejś stacji żeby coś wciągnąć na ruszt, a przy okazji kupiłem dokładniejszą mapę i wszystko miałem jak na dłoni – droga E16 i będzie gicio. Kończyłem już śniadanko, gdy oto podjechały dwa motorki no i oczywiście kierowcy (Norwegowie ona + on), którzy naturalnie dosiedli się do mnie na chwilę aby się przywitać i pogadać – czy ja doprawdy podróżuję sam? – Hihihi.
Jak się okazało to miejscowi motocykliści dlatego dla pewności zapytałem czy znają wybraną przeze mnie drogę i czy to dobrze, że akurat nią zamierzam jechać do Bergen. Dziewczyna poradziła mi abym rzeczywiście po tej E16 kawałek pojechał ale po jakichś 30 km w miejscowości Honefoss powinienem odbić na drogę nr 7 – kierunek miasteczko Gol, no a jak już do niego dojadę to szukać znaków na Torpo i dalej już prosto do samego Bergen. Jadąc tamtędy widoczki napotkam ponoć przecudne, a kilometrów przy okazji zaoszczędzę. No i o to chodzi! – Jeśli widoczki mają być śliczne to pewnie, że śmignę na tę siódemkę. Jak to dobrze, że wciąż jestem otoczony świetnymi ludźmi! No to cóż – Auf wieder sehen meine norwegische Freunde!!! Grabula, uściski, uśmiechy i ponownie jestem na trasie. Póki co sporo lasów – czyli nic nowego – ale jak już zjechałem na tę 7-kę, to rzeczywiście zaczęło się zmieniać. Owszem – droga także wije się jeszcze przez las ale im dalej, tym bardziej jakoś to wszystko rzednie, a ze wzniesień doskonale dostrzec można rwące rzeki, strumyki, a także jeziora i jeziorka z malowniczymi wysepkami oraz górki, pagórki i ostre zakręty. Człeka nie spotkasz tu wcale ale za to pejzaże REWELACYJNE!
Można by tak wklejać i wklejać te zdjęcia ale cóż z tego gdy zapachów nie oddają, gdy rzeki nie szumią, gdy wiaterek nie powiewa, gdy barwy nie mienią się w słońcu – ech... Nie mniej jednak choć namiastką tego co tam widziałem, pragnę się na tych stronach podzielić.
    Jadę sobie pomalutku, często przystaję i robię dużo zdjęć, dlatego też niewiele ujechałem od ostatniego postoju ale wiem już, że jestem na „ostatniej prostej” przed Bergen. Z ulgą zaczynam zdawać sobie sprawę, że  mam dwa i pół dnia na to aby przejechać zaledwie jakieś 300 km i zdążyć na prom. Wiem, wiem – przede mną jeszcze wielkie góry, no ale przecież jest czerwiec to po śniegu u licha chyba nie będę musiał jechać. Skoro tak, to wcześniej dziś skończę pracę za kierownicą i znajdę jakiś skrawek trawy na namiot – najlepiej nad wodą. Nie było z tym żadnego problemu ponieważ wzdłuż drogi widziałem wiele znaków na kampingi. Na biwak wybrałem maleńką miejscowość (10 domków na krzyż) o wdzięcznej nazwie Ustaoset. Ładna nazwa co-nie? Z resztą co tam nazwa – placu miałem całe hektary, jezioro pod nosem, a do tego standardowo łazienka, natrysk itd. – w końcu to porządny kamping.
Ależ błogo się pływało w jeziorku, a woda czysta i CIEPŁA jak zupa – czy ja na pewno jestem na Północy?... Co chwilę mnie coś zaskakuje w czasie tej wyprawy ale najważniejsze jest to, że wciąż jestem MIŁO zaskakiwany – oby tak dalej! Tak sobie rozważając w namiocie, nagle miło zaskoczył mnie sen – to także przyjemne zajęcie...






część 1część 2część 3część 4





Powrót