Podboju Europy etap ostatni czyli Kosowo 2009




część 1 część 2 część 3 część 4 część 5



...Jest styczeń roku 2009… Tradycyjnie, to właśnie w te długie zimowe wieczory opracowywałem wszystkie plany moich dotychczasowych wypraw motocyklowych –  tak jest również i tym razem. Zatem wielka mapa Europy zostaje rozłożona na podłodze, okulary na nos, uśmiech na twarz, no i zaczynamy… Hmmm – tu byłem, tam byłem, i tu także już byłem… No cóż – niewiele już tych „białych plam” na Starym Kontynencie pozostało… Zaraz, zaraz – a tak właściwie, to w których krajach jeszcze NIE byłem? Ile ich jest? Przyjrzyjmy się więc dokładniej: San Marino, Watykan, Chorwacja, Albania, Macedonia, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina oraz najmłodszy kraj w Europie czyli Kosowo – w sumie osiem… Wychodzi na to, że gdyby tak się przyłożyć i zrobić rundę wokół Adriatyku, to odwiedziny w nich wszystkich „za jednym zamachem”, byłyby całkiem realne, a i trasa przy okazji przepiękna… Już mi się przypomniały adriatyckie plaże i urokliwe bałkańskie pejzaże. A zatem?... No tak!!! – Nie ma co dłużej kombinować  – to właśnie jest genialny plan wyprawy w roku 2009!!! Nagle dotarła do mnie świadomość, że jeśli uda mi się szczęśliwie ten plan wykonać, to spełnią się wszystkie moje marzenia związane z dalekimi motocyklowymi wyprawami… A zatem decyzja zapadła – cel i hasło tegorocznej wyprawy brzmi: „Podboju Europy etap ostatni czyli KOSOWO 2009”…


Dzień pierwszy – 31.05.2009

Już od kilku tygodni pogoda jakoś nie ma zamiaru się ustabilizować… Dzisiejszy – niedzielny poranek także nie wróży niczego konkretnego. Tymczasem na zegarku dziewiąta i co prawda nie pada ale jest zimno, a niebo nad Bogatynią przysłonięte jest sino-burą powłoką szarpanych wiatrem chmur…No cóż – pozostaje tylko mieć nadzieję, że może jednak uda się dziś wystartować „na sucho”… Starszy syn Paweł od wczoraj jest we Wrocławiu ale młodszy – Grzesiek, a także mama – są już od dobrych dwudziestu minut na Nadbrzeżnej.



W tej chwili zjawiają się kolejno Magda z Jackiem i Solek. Po raz pierwszy niestety nie pożegna mnie tym razem ojciec, ale czuję jego obecność i niemal widzę jak uśmiecha się radośnie gdzieś tam z wysoka, z pomiędzy gwiazd… W wesołej gromadce przy kawie i dowcipach, czas biegnie bardzo miło i bardzo szybko, dlatego – mimo wszystko – nie ma co dłużej zwlekać. Jeszcze tylko kilka pożegnalnych uścisków „na misia”, a już po chwili gromkie furgotanie rozlega się echem po całej dzielnicy.


Trzymajcie się Kochani i do zobaczenia za kilka tygodni!!! Ruszając zwolna, spoglądam w lusterko i widzę jeszcze mamę z chusteczką przy załzawionych oczętach oraz uniesione w geście pozdrowienia ręce syna i przyjaciół… Klakson na „całą parę” i w drogę!!! – Huurrraaaaaa!!!! Już po pięciu minutach jazdy przekraczam polsko-czeską granicę w Kunraticach i z coraz większym niepokojem spoglądam w niebo… Oj! – Nie wygląda to za dobrze… No i faktycznie – im bliżej Liberca, tym bardziej gęstnieje mgła i zaczyna doskwierać przebrzydła mżawka. Niestety z każdym kilometrem aura pogarsza się jeszcze bardziej, aż w końcu nastąpił  zupełny krach pogodowy. Ziąb jak diabli (ledwie +9 !!!), siąpiąca mżawka przeradza się w rzęsisty deszcz – aż w końcu w regularną ulewę, a poza tym jest bardzo ślisko, paskudnie i niebezpiecznie. Z konieczności dosyć często przystaję na stacjach benzynowych aby troszkę obeschnąć i zagrzać się, ale tym samym mam także możliwość do spotkań z równie przemoczonymi motocyklistami jak ja. Najczęściej są to Niemcy – wiadomo – sporo ich „buszuje” w naszych stronach. Ale przynajmniej w trakcie tych spotkań poprawia mi się nastrój, ponieważ chłopaki „wymiękają” nad poobklejaną flagietkami szybą mojego „maruderka” i z niedowierzaniem pytają czy ja tam?... Tak, tak – tam wszędzie już byłem – hehehe. Ano mam się czym poszczycić – jak by nie było... No ale wystarczy już tego popadania w tzw. „samozachwyt” – odpalam maszynę i „nurkuję” dalej w to lodowate H2O. Nie robię po drodze żadnych zdjęć – nie ma sensu fotografować ściany wody. Dopiero na granicy czesko-słowackiej (Lanzhot-Brodske) udokumentowałem obowiązkowy moment zmiany flagi na maszcie…


Dzisiejszy etap przez całe Czechy (Bogatynia-Frydland-Liberec-Turnov-Praga-Brno-Kostice), zakończyłem na Słowacji nieopodal miasteczka Malacky – jakieś 100 km przed Bratysławą i tu zakotwiczyłem na noc w przydrożnym motelu. Rozwieszenie przemoczonych ciuchów na wieszakach, kolacyjka – na szczęście bez ewentualnej potrzeby rozbijania szkła – hihihihi, łyk grzanego piwerka, i hyc – do łóżeczka…To był bardzo ciężki etap ale mimo to, zasnąłem jak zwykle z uśmiechem na twarzy…






Dzień drugi – 01.06.2009

Pierwsze co zrobiłem tuż po przebudzeniu się, to odsunąłem kotarę i wyglądnąłem przez okno. No proszę – nie pada, a nawet widać sporo „niebieskiego” nad głową! Od razu na taki widok humor się poprawił i już chce mi się dalej jechać. No ale spokojnie – po kolei. Najpierw łazieneczka, następnie pakowanie bagażu i teraz już można się ubierać – kurcze, ciuchy jeszcze mokre – brrrrrrr... W cenie noclegu jest śniadanko, a zatem schodzę do „jadłodajni” i „wciągam” ze smakiem jajecznicę na boczku. Mam też miłą okazję do porozmawiania i wspólnego biesiadowania z rodakiem, który także w tym motelu nocował, a teraz wraca już do Polski – a ściślej mówiąc do Jeleniej Góry – czyli prawie sąsiad.


Pogadaliśmy jeszcze przez chwilkę na parkingu, a następnie – życząc sobie nawzajem szerokiej drogi – wyruszyliśmy, każdy w swoją stronę, to znaczy on do swojego jeleniogórskiego aeroklubu, a ja na dziś zaplanowałem szybko „łyknąć Węgry” i „wbić się” do Chorwacji. Jak to mówią „nigdy nie chwali się pogody przed zachodem słońca” i jest to święta prawda, o czym przekonałem się tuż za Bratysławą. Znów deszcz, deszcz, deszcz… Dopiero na słowacko-węgierskiej granicy (Rusovce-Rajka) trochę się uspokoiło.

Stąd obieram kurs na Balaton. Ciekawe czy choć tam zaświeci słonko?... Ano zobaczymy… Tymczasem krajobraz zrobił się monotonny, płaski – jednym słowem – typowo nizinny, a do tego „naturalno-nawozowo-capiący” – ffffuuuuuuujjjj. Mijając Gyor, kieruję się na Veszprem i właśnie tutaj zatrzymałem się na obiad. Jak zwykle „fuks” mnie nie opuszcza, ponieważ w tym „kraju mowy nieludzkiej”, trafiłem akurat do knajpy, której właściciel biegle rozmawia PO POLSKU! Jak się okazuje jest to były pracownik eksportowej firmy budowlanej, który w Polsce (konkretnie w Rzeszowie i okolicach) przepracował ponad sześć lat. To było bardzo miłe spotkanie, a obiad wprost rewelacyjny (jeszcze do dziś mnie piecze po tej papryce i gulaszu - hehehe). Do Balatonu stąd już bardzo blisko, dlatego też dłużej nie nadwyrężam gościnności pana budowlańca tylko dziękuję za mega-obiad i ruszam czym prędzej na spotkanie z „madziarskim morzem”… Minęło ledwie może z pół godzinki, a już jadę wzdłuż brzegu owego sławetnego jeziora. Żeby jeszcze tylko ta pogoda – ech…



Żadnych szans na opalanie i kąpiel dzisiaj nie będzie – niestety. No trudno – może innym razem. W takim razie ostro przyciskam gaz i uciekam dalej – jak najdalej na południe. No przecież w końcu gdzieś to słońce musi być!… I wystarczyło wykrzyczeć to na cały głos, aby w końcu ktoś tam na Górze mnie usłyszał, bo oto nagle coś zaczęło się zmieniać… Deszcz ustał, a poza tym ociepliło się wyraźnie. Dziwne… Przecież nie miałem zamiaru swoim krzykiem nikogo obrazić, a tu poniżej taki niedwuznaczny napis na drogowskazie…


Czyżby miejscowy pleban aż tak bardzo podpadł swoim parafianom?... Hihihihihi… Najważniejsze jednak, że jest w końcu CIEPŁO i ŚWIECI SŁOŃCE! Do Chorwacji już ledwie kilkadziesiąt kilometrów – znaczy się, że dzisiejszy plan zostanie wykonany bo przecież jest jeszcze młoda godzina, a przy takiej pogodzie to mogę jechać do nocy. Jednak do nocy jechać nie musiałem, ponieważ wkrótce po przekroczeniu węgiersko-chorwackiej granicy (Bars), zatrzymałem się w miasteczku Grubisno Polje. Właściwie to miałem tylko odpocząć i pognać jeszcze dalej ale o pozostanie tutaj, poprosili mnie dwaj Chorwaci – niegdyś także aktywni motocykliści, a dziś niestety niepełnosprawni, przykuci do wózków inwalidzkich. Nasza znajomość zaczęła się od tego, że wyszedłem z kufelkiem na taras zajazdu. Właściwie to tylko przy jednym stoliku zauważyłem „tutejszych” i przysiadłem się do nich. Po kilkunastu minutach byli już na tyle zafascynowani opowieściami o moich podróżniczych wyczynach, że zamienili  ICE TEA i jakiś tam desery na flaszeczkę winka.




W końcu uznałem, że skoro piwko podają w tym lokalu całkiem nie złe, a chłopaki słuchają mnie z wielkim zaciekawieniem, to już dam sobie spokój z dalszą jazdą na dziś.  Załatwiłem więc szybko pokoik na noc dla siebie i „sień” dla SUZI – hehehe, a potem dłuuuugo jeszcze i często wznosiliśmy piwno-winne toasty za Chorwację, Polskę i nieustającą przyjaźń między Narodami… Z zaśnięciem problemu nie miałem.




Dzień trzeci – 02.06.2009

Nastał kolejny dzień... Kolejny – niestety dżdżysty dzień – zapomniałem dodać. No nieeeee!!!… A było już tak pięknie… Nawet nie chce mi się z wyrka wstawać, no ale cóż – mimo wszystko trzeba mieć nadzieję, że gdzieś tam dalej będzie lepiej... Z tą więc nadzieją zrywam się na równe nogi i tuż po śniadanku – kolejny raz podczas tej wyprawy – zanurzam się w rzekę płynącą prosto z nieba… Tuż po przekroczeniu granicy chorwacko-bośniackiej w miejscowości Okuzani, następuje tradycyjna ceremonia zmiany flagi – w tym momencie z chorwackiej na bośniacką. Pierwsze tankowanie bośniackiej benzyny zaliczyłem w miasteczku Bosanska Gradiska.


Po jakichś 20 km od tego „CPN-u” zaczął się dosłownie istny potop… Nie było nawet gdzie przystanąć i się schować (zupełnie nieosłonięte pustkowie dookoła) dlatego non-stop musiałem jechać dalej. Dzisiejszy mój plan zakładał: Banja Luka, Jajce, następnie Bugojno, Livno… Hmmm – im wyżej pnę się pośród gór, tym temperatura spada coraz gwałtowniej…Wczesnym popołudniem (około 13.30) byłem jednak już bardzo umordowany tym deszczem – to znaczy – na tyle zziębnięty i przemoczony, że po prostu dalsza jazda nie miała już racji bytu… Wobec tego zatrzymałem się tuż za miastem Jajce, we wiosce Babin Potok nad rzeką Vrbas.

Zapukałem do drzwi pierwszego napotkanego domu w tej górskiej osadzie i na szczęście zostało mi otworzone… Starsza kobieta w typowo muzułmańskim ubiorze, spojrzała na mnie z politowaniem i gestem zaprosiła do środka. Tu z kolei przywitał mnie gospodarz – jej mąż. Zgrzytając z zima zębami, wykrztusiłem w końcu z siebie pytanie i prośbę o możliwość przenocowania pod ich dachem. Trochę po rosyjsku, trochę po polsku, trochę po niemiecku, trochę po bośniacku ale jakoś dogadaliśmy się. Ku mojej radości gospodarze byli bardzo mili i bez najmniejszego problemu zgodzili się na moje pozostanie w ich gościnnych progach. Ależ ja mam farta w życiu – ufffff… W pokoju w którym przygotowano dla mnie posłanie, natychmiast pojawił się również termowentylator (marki FAREL!!!)… Najpierw jeden, a w ciągu niecałej pół godziny przybyło kolejnych 6 sztuk, przyniesionych od sąsiadów. Wszystko oczywiście po to, abym mógł wysuszyć przemoczone na wskroś ciuchy i zagrzać się.


Chociaż… Chociaż z tym rozgrzewaniem siebie, poszło znacznie szybciej i przyjemniej niż mógłbym przypuszczać. A było tak: Co prawda gospodyni tuż po podaniu obiadu zniknęła gdzieś na wiele godzin, ale w tym czasie na dom mojego gospodarza (imieniem Mladko), nastąpiła prawdziwa inwazja gości czyli okolicznych Górali-sąsiadów (tych od reszty „farelków – jak się okazało). Każdy z nich nie tylko z siwą lub siwiejącą brodą ale i z… butelczyną rodzimej rakiji lub czerwonego wina pod pazuchą… Szybciutko zrobiło się gwarno, wesoło i baaaaaardzo ciepło – hehehe. Nigdy nie zapomnę tej niepowtarzalnej atmosfery – tej otwartości i naturalności, tych porywających za serce – bałkańskich pieśni, tego kierowanego do mnie zewsząd uśmiechu, tych nastrojowych podań i opowieści, ale przede wszystkim tej niesamowitej serdeczności w spojrzeniu i… – jakby to określić?... – Zbratania się?... Zaprzyjaźnienia?... Nieeee... – To chyba nie tak… To było coś innego, nienazwanego – to było po prostu coś nadzwyczajnego i tyle… Dlaczego nie robiłem zdjęć? Ponieważ „rada starszych” nie wyraziła na to zgody. Górale uznali, że to przypadkowe spotkanie miało pozostać jedynie w mojej i ich pamięci. Wówczas trudno mi było to pojąć ale dziś już wiem o co im chodziło… Gdy położyłem się do łóżka, jeszcze długo nie mogłem zasnąć, gdyż to dzisiejsze spotkanie z bośniackimi Góralami, stało się dla mnie nieprawdopodobnie wzruszającym przeżyciem.


Dzień czwarty – 03.06.2009

Znów zaczynam od sytuacji w pogodzie, ponieważ jak do tej pory to właśnie ona rzutuje głównie na przebieg mojej tegorocznej wyprawy. A zatem wyglądam przez okno i co widzę?... Hmmm – jest dosyć mglisto i chłodno ale nie pada. Według tego co mówili wczoraj moi współbiesiadnicy, to już raczej ostatnie „podrygi” niepogody… Skąd wiedzieli – tego nie wiem, ale faktycznie tak było. Poniżej „uchwyciłem” ostatnią kroplę deszczu z tegorocznej wyprawy…Motorek spędził samotną noc na trawniku przed domem, ale myślę że również wypoczął i gotów jest do dalszej drogi. No cóż – pora już pożegnać się z gospodarzami…



Ech – jakże żal opuszczać takie miejsca i takich ludzi… Najważniejsze jednak jest to, że właśnie takich ludzi miałem szczęście poznać i spędzić wśród nich choćby maleńką cząstkę swego życia… No a teraz (godz. 8.30) pada komenda: „do wozu!!!” i witaj kolejna przygodo!!! Kręte i strome górskie drogi, nie pozwalają na zbytnie „rozwinięcie skrzydeł” ale mimo to, już po godzinie minąłem Donji Vakuf, a już po następnych 15 kilometrach zatrzymałem się na przedmieściach Bugojno i tu postanowiłem „wciągąć” małe śniadanko.


„Rybka z rana jak śmietana”, do tego sałatka po grecku i świeżuteńki chlebek z masłem czosnkowym – ymmm, wszystko razem – palce lizać… Z mapy wynika, że jeszcze ze 30 km jazdy po górach, a potem zaczną się już nizinne równiny. Chciałbym czym prędzej wyjechać już z tych „górskich klimatów” i wreszcie  podkręcić tempo jazdy, bo choć pięknie w tej Bośni to jakoś strasiecznie się tu „ślimaczę… i ślimaczę… i ślimaczę”… Zatem maszyna odpalona – jedziem dalej. Z każdym kilometrem robi się coraz cieplej i coraz pogodniej – jest dobrze. Ledwie odjechałem jakieś 10km od centrum Bugojno, gdy nagle przypomniałem sobie, że to już najwyższa pora na uzupełnienie paliwa. Zatrzymałem się więc w pobliskim Porice i tu zatankowałem bak do pełna, a także - po długiej przerwie - z wielką przyjemnością, ponownie wyjąłem aparat z sakwy. Taaaak - od tej pory mogłem wreszcie fotografować na lewo i prawo (ot choćby takie obiekty jak miejscowy meczet) bez ryzyka zachlapania obiektywu z powodu trzęsących się z zimna rąk. Coraz częściej też przystawałem i fotografowałem krajobrazy, rozkoszując się przepięnymi widokami oraz wspaniałą aurą!





Jakże inaczej jedzie się przy takiej pogodzie i o ileż więcej można zobaczyć, sfotografować… Teraz już się nie spieszę – na zegarku nieco po jedenastej, a  więc spokojnie zdążę przed wieczorem dojechać do Splitu – i to właśnie jest plan na dzisiaj. Droga do bośniacko-chorwackiego przejścia granicznego (Raseljka-Kamensko), prowadzi wzdłuż brzegu ogromnego jeziora pod nazwą Busko Jezero. Ależ tu pięknie… Choćby tylko dla takich widoczków, warto było zmagać się z zimnem, wiatrem, deszczem i wszelkimi innymi przeciwnościami Natury… Teraz stoję tu, patrzę i czuję, że jestem szczęśliwy…



Jest już granica bośniacko-chorwacka… Idzie szybko, sprawnie i na wesoło. Uwielbiam przekraczanie granic, ponieważ zawsze miło mi jest, gdy wzbudzam zaciekawienie i zdumienie pograniczników, że jestem sam, że tyle już na szybie naklejek, w paszporcie full różnorodnych stempli i wiz, no i że te flagi na masztach zmieniam na ich oczach… A tymczasem kolejna pieczątka o paszportu wbita, pozdrawiające gesty wykonane, uśmiech na twarz i „rura”! – Kierunek Split. Po godzinie jazdy, spaceruję już po zaułkach tego uroczego miasta i cieszę się niezmiernie, że tak szybko i gładko tu dojechałem. Prom do włoskiej Ankony wypływa dopiero o 20.30, a więc czasu na spacerowanie mam „w grom”. A skoro tak, to łażę po centrum miasta i pstrykam na co popadnie…













W międzyczasie posiliłem się śródziemnomorskim obiadkiem, a dalszą część spaceru i sesji fotograficznej, kontynuowałem już z okolic portu, a dokładniej –  splickiego terminalu promowego.






Właśnie tu – na terminalu – poznałem grupkę motocyklistów z Niemiec, Luxemburga i Francji. Wszyscy niemieckojęzyczni, zatem podróżniczym pogawędkom i żartom, końca nie było. W ten sposób oczekiwanie na wjazd do „garażu promowego” nie dłużyło się, a częstotliwość „psssssyknięć” wydobywających się z wnętrza otwieranych puszek, wzrastała z prędkością wprost proporcjonalną do upływającego czasu – hihihi. Zapadał już zmierzch, gdy wypływaliśmy ze Splitu. Po rozlokowaniu się w kajucie, wyszedłem jeszcze na chwilkę na pokład promu, aby zdążyć uchwycić moment „zatapiania się słońca w morskiej otchłani”, ale... – Ale niestety troszeczkę się spóźniłem…






Było już zupełnie ciemno, gdy ucichł gwar i wszyscy podróżni rozeszli się do swoich kajut. „Nocna kołysanka” na ledwie falującym Adriatyku była kojąca i bardzo przyjemna. Zanim zasnąłem, długo jeszcze wspominałem sobie, a wręcz miałem przed oczami – dzisiejszy etap – pierwszy etap tegorocznej wyprawy, w czasie którego nie spadła ani jedna kropla deszczu…




część 1 część 2 część 3 część 4 część 5



Powrót