"Afryka dzika" czyli Maroko 2006




część 1 część 2 część 3 część 4 część 5



W miejscu tym zaczyna się historia dwóch Przyjaciół, którzy w czerwcu roku 2006, postanowili zmierzyć się z trudami motocyklowej wyprawy przez drogi i bezdroża wiodące z miasteczka Bogatynia na krańcach południowo-zachodniej Polski, poprzez Niemcy, Francję Hiszpanię oraz Portugalię aż do Cieśniny Gibraltarskiej, skąd promem wypłynęli w kierunku marokańskiego portu Tanger. Dnia 18.06.2006 osiągnęli cel podróży w chwili, gdy zjechali z pokładu promu na swych niezawodnych motocyklach i postawili stopy na Kontynencie zwanym Afryka. O tym, co wydarzyło się w trakcie tej fascynującej i natchnionej wzniosłymi przeżyciami przygody, a także podczas drogi powrotnej do miejsca, skąd wyprawa rozpoczęła się - opowiada niniejsza historia...


Dzień pierwszy - 11.06.2006

Godzina 7.00 - na Nadbrzeżnej 15 - trwa oczekiwanie. To znaczy się ja czekam przed domem na pojawienie się reszty Załogi. No właśnie - a któż to jest ta „tajemnicza reszta Załogi”? Przecież niemal do ostatniego dnia oczywistym było, że jedziemy tylko we dwóch - to znaczy Krasnal i ja. W tym miejscu muszę jednak wspomnieć o całorocznych przygotowaniach do obecnej wyprawy. A było tak: jeszcze nigdy dotąd nie zdarzyło się, aby „sprawy kadrowe” były tak jasne, proste i oczywiste jak właśnie w tym roku. Już od minionej jesieni wiadomo jest, że tylko my dwaj decydujemy się na tę afrykańską wyprawę, ponieważ także wiadomym i postanowionym jest i to, że pozostali kumple mają inne plany - np. Ewa i Tadziu z Jeleniej Góry wraz z Danielą i Irkiem szykują się do wyjazdu po południowej Europie, a Solek z „lubomierskimi Tadkami” oraz Dudim, Piątkiem, a także Wojtkami - mają pognać na Krym. W sumie trzy ekipy na trzech różnych trasach - cóż to będzie za wspaniałe spotkanie, gdy wszyscy już wrócą i zaczną opowiadać o swoich przeżyciach i wrażeniach z podróży - super sprawa! Jak się jednak okazało, sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. Mianowicie pod koniec maja, rozpadły się zarówno plany „gorących Południowców” jak i „Krymskich zwiadowców”... Dlaczego tak się stało - do dziś nie wiem. Jedynie Marek nie dawał za wygraną, bo przecież naprawdę bardzo chciał tego Krymu, a tu znienacka tak właściwie to „został sam na lodzie”. Nie ukrywam jednak, że troszkę mnie zaskoczył, gdy niemal w ostatniej chwili zwrócił się do nas z propozycją o dołączenie do „afrykańskiego składu”. No cóż - pomimo kilku warunków jakie nam zaproponował (głównie chodziło mu o kilkudniowe przesuniecie terminu wyjazdu, a było to dla nas nie do przyjęcia), zgodziliśmy się - ale pod warunkiem, że będzie to najwyżej jeden dzień zwłoki. Przystał na to, a tym samym nieoczekiwanie nasza ekipa powiększyła się do trzech motorków - w końcu Kolegom się nie odmawia... Niestety nawet w ostatecznie ustalonym już dniu wyjazdu, Solek miał znów bardzo ważne sprawy służbowe na głowie i wyjazd o umówionej godzinie był dla niego niemożliwy. Trudno - my już dłużej czekać nie mogliśmy tym bardziej, iż z doświadczenia wiedzieliśmy, że jego narady i posiedzenia zazwyczaj ciągnęły się w nieskończoność dlatego umówiliśmy się w ten sposób, że wyruszymy we dwójkę o wyznaczonej godzinie tzn. 9.00, a on miał nas na niemieckich autostradach dogonić... To tyle tytułem wyjaśnienia - a któż to jest ta „tajemnicza reszta Załogi”... A zatem czekam na Marcina i być może jednak na przygotowanego już do wyjazdu Marka. Dochodzi dziewiąta. Jest już Krasnal, a po kilku minutach podjeżdża - PASSATEM niestety - Marecki... W takim razie ruszamy we dwójkę zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Żegnają nas tradycyjnie moi rodzice i synowie, no i oczywiście Kasia.


Granicę przekraczamy w Zittau - szybko, sprawnie i na wesoło, bo mundurowy znajomek Krasnala z podziwem kręci głową i z niedowierzaniem odbiera wiadomość o tym, że właśnie zdążamy do Maroka. Jak ja lubię te zdębiałe miny. Bystro przelatujemy kawałek drogi krajowej i już po kilkudziesięciu minutach wpadamy na szerokaśną autostradę - no to teraz OGIEŃ!!! Wiedziałem, że Marcin się szeroko uśmiechnie i podniesie kciuka do góry, gdy zrównam się z nim i zerknę kątem oka w prawo - zawsze się wtedy uśmiecha. W takich chwilach, gdy mamy za sobą pierwsze - może 100, a może 150 kilometrów - odnoszę wrażenie, że nasze wspaniałe podróże stanowią nieprzerwaną całość, jedynie z króciutkim postojem na jesień, zimę i wczesną wiosnę. Ależ to jest frajda!!! No tak - rozgadałem się, a tu pora zatankować. Zjeżdżamy do stacji i jak to zwykle przy takiej okazji bywa - wzbudzamy niemałe zainteresowanie. Tym razem dwóch starszych „niemiaszków” (jechali przed nami na skuterach i także tu skręcili) podpytuje nas, a skąd i dokąd no i że robimy„eine gute Reise” itd. Ja w rewanżu wypytuje ich o to gdzie i za czym śmigają, a ten gadatliwszy powiada, że jadą „na dziewczynki” do sąsiedztwa - uuuuhahahaha. Tak na oko to obaj byli grubo po sześćdziesiątce - „łobuzy”. Kończymy z nimi ten „radosny temacik” i wskakujemy na motorki, bo jeszcze gotowi nas „zwerbować” - nawet już fotek z nimi nie robiliśmy z tego pośpiechu - hehehe. W trakcie „ucieczki” Marcin tak gwałtownie manewrował dźwignią biegów, że w którymś momencie zgubił trzpień do wbijania biegów piętą. Nie było szans aby go znaleźć, a więc „awarię” usunęliśmy przy pomocy długiej śruby, którą przypadkiem wiozłem w skrzynce z narzędziami. Dobry patent - jak się okazuje, bo nawet do dziś jeszcze Krasnal z tą śrubą jeździ (wiadomo - prowizorki są zawsze najtrwalsze). Mija kolejne 200 kilometrów i czas na kolejne tankowanie. Tym razem zapoznajemy się z „harley’owcem”, który także wytrzeszcza oczy z podziwu na wieść o naszej trasie - ech ci harley’owcy - żeby tak jeszcze faktycznie wybierali się ciut dalej niż 15 km od domu tymi swoimi „cackami” (no dobra, dobra - wiem, że nie należy uogólniać.) Na tym samym „CPN-ie” zatrzymał się również facet, który w specjalnym koszyku na baku woził ze sobą „Yorka-podróżnika”. Ależ to pociesznie wyglądało, gdy psince podczas jazdy, wiatr nie tylko rozwiewał przydługą sierść, ale także uszy. Komedia.


Jest około dwunastej, a więc dzwonimy do Mareckiego jak tam mu idzie. Okazuje się, że wreszcie wyjechał i właśnie przed chwilą przekroczył granicę - hmmm, no to nie źle musi nas gonić. Im więcej upływało drogi i czasu, tym bardziej odległość między nami, a Markiem malała. Robiliśmy częstsze i dłuższe postoje, aby on mógł „cisnąć” na całego po autostradzie i dzięki temu tuż przed Freiburgiem spotkaliśmy się i już wspólnie wjechaliśmy do miasta. Tu przydał się Marka GPS z listą hoteli. W sumie chyba tylko do tego się przydawał, bo jednak jazda z tradycyjną mapą to jest to co tygrysy lubią najbardziej. Przejechaliśmy dziś około 800 kilometrów, a więc całkiem sporo jak na „jeden rzut”. Taki zresztą był plan na dzisiaj. Pierwszy toast za udany etap i pierwszy nocleg w hotelu „Pod Lwem”. Godzina już późna, a łóżeczko zaprasza pachnącą pościelą - nie ma więc co zwlekać - kończymy kolację, dopijamy piwko i kładziemy się spać.



Dzień drugi - 12.06.2006

Spało się po królewsku... Przeciągam się jeszcze przez dłuższą chwilę, aż tu nagle - puk! Puk! Ktoś delikatnie uchyla drzwi od naszego pokoju. Oooo!!! Moje uszanowanie dla Pana Marka! Marecki przepasany jedynie ręcznikiem (widocznie już po porannej kąpieli), półszeptem pyta o której ruszamy dalej. Spokojnie, spokojnie Mareczku - ten tu chrapiący „zwitek ożywionej materii” leżący pod pierzyną to Krasnal, a jak wiadomo od dawien-dawna, Krasnale długo śpią... Jest ósma, a więc przypuszczam, że dopiero gdzieś tak o dziewiątej będziemy mogli wyprowadzić motorki z garażu. Wyraźna ulga zarysowała się na twarzy Mareckiego i chyłkiem wycofał się na korytarz. No dobra - zrywam się i ja. Spoglądam za okno i oceniam sytuację pogodową. Piękny dzionek się zapowiada - ładnie wygląda ta wieża kościelna oświetlona wschodzącym słonkiem - nieprawdaż? Jest OK, a więc teraz także i ja wchodzę pod prysznic, potem pakowanie, no a po kilkunastu minutach jestem z manelami przed hotelowym garażem. Wypalam „malborasa”, wyprowadzam motorek i przecieram szmatką zakurzone nikle. Może minęło ze 20 minut, gdy oto Krasnal z Solkiem zjawiają się z tobołami - jest więc okazja do fotki pt. „Drei Männer vor dem HOTEL zum LÖWEN”.


Mocujemy dobytek i wymieniamy między sobą kilka zdań na temat przebiegu dzisiejszego etapu. Plan brzmi: 1) trzeba najpierw zjeść śniadanie 2) następnie podjechać do jakiegoś warsztatu, aby Marcin mógł tę „piętową stopkę” konkretnie przymocować (brakowało nam kilku nakrętek M8 do porządnego zakontrowania gwintu śruby-substytutu), no i punkt 3) jak najszybciej dojechać do granicy z Francją, między innymi po to aby mieć ją już za sobą i „ostro pocisnąć” przez ten nieznany kraj Gallów - kierunek Zatoka Biskajska. A więc zgodnie z ustalonym harmonogramem wracamy do „hotelowej stołówki” i zamawiamy istne specyjały - paróweczki, jajecznica, różne gatunki serów i pieczywa. Noooo - jak na niemiecką kuchnię - bardzo dobre. Bagaże przymocowaliśmy już kilkadziesiąt minut wcześniej, a zatem odpalamy motorki i „paszli w pierjod”... Nieopodal hotelu znaleźliśmy odpowiedni warsztacik - tu zeszła chwila na te nakrętki. Do granicy mamy jakieś 20 km, tak więc pozostał do realizacji punkt 3 - czyli przekroczyć ją i „ostro pocisnąć”... Tak żeśmy się rozpędzili, że przez pomyłkę - zamiast odbić na Belfort - skręciliśmy na południe i wylądowaliśmy w.... Szwajcarii - hihihi!!! To prawda, że musieliśmy cofnąć się jakieś 30 kilometrów ale za to przypadkowo byliśmy w kolejnym państwie - niestety szwajcarskiej flagietki nie miałem ze sobą, a więc i fotki w tym „trefnym” kraju nie robiłem. Szybki powrót na właściwą i drogę, na której w międzyczasie zrobił się potworny ruch. Przed Lyonem korki sięgały kilku kilometrów dlatego przy najbliższej okazji zrezygnowaliśmy z dalszej jazdy autostradą i zjechaliśmy na równolegle biegnącą „nacjonalkę”. Upał jak diabli, a na dodatek jajeczniczka, serki, paróweczki i pieczywko już dawno poszły się tułać po „końcowym odcinku jelita grubego” no i należało zatrzymać się w końcu na jakiś treściwy obiad... Jedna knajpa, druga knajpa, trzecia knajpa - wszystkie zamknięte... Co jest do diabła?! Pytamy miejscowych, o której tu się można posilić - odpowiedź: po 18-tej, teraz jest sjesta... No tak - na zegarkach 16-ta, a w żołądkach echo - jednym słowem -  „lipa”... Nic nie poradzimy - jedziemy szukać dalej. W końcu udało się! Znaleźliśmy jadłodajnię przy jakichś zakładach mięsnych i bodaj za 15 EURO można było tam wejść z wykupionym „talonem” i częstować się czym popadło - a był wybór przeogromny. W tym właśnie miejscu (okolice miasteczka Chauderac) los uśmiechnął się do nas podwójnie, ponieważ nie tylko nawtrynialiśmy się do oporu, ale także spotkaliśmy tu polskiego kierowcę TIR-a, który doskonale znał francuski i z uśmiechem na ustach, podzwonił tu i tam, no i pomógł nam znaleźć kwaterunek. A był to niewielki - znajdujący się kilka kilometrów stąd -  hotelik pod wdzięczną nazwą „La Diligense” (po naszemu - Dyliżans, czyli taki „westernowy motorek” - J) - ufff. Kto wie - jak i gdzie załatwilibyśmy nocleg, skoro żaden z nas ni w ząb nie kapuje po francusku - a zrobiło się już późno. Rety! - Cóż za dobry człowiek z tego kierowcy! Gdy podjechaliśmy we wskazane miejsce, okazało się że wszystko tu dla nas mają - tzn.: przestronny garażu, przytulne pokoiki no i piwo tu dają, P-I-W-O!!!



To był trudny etap ale mimo pięknej pogody, a także doskonałych dróg - jednak bardzo męczący. Jakoś nam ta Francja mimo wszystko jak dotąd nie przypadła do gustu (to pewnie przez tą obiadową sjestę, a może bardziej przez nieznajomość języka?...) - zobaczymy jak pójdzie jutro, a dziś już idziemy do łóżeczek - dobranoc...



Dzień trzeci - 13.06.2006

Hmmm... - Tak szczerze mówiąc tośmy wczoraj nazbyt wiele nie ujechali. To znaczy się cały dzień uczciwie „pracowaliśmy w siodle”, ale chyba jednak przez te korki i poszukiwanie obiadu - sporo czasu i drogi nam uciekło. Nic to - kolejny poranek znów wita nas bezchmurnym niebem, a więc może jest jednak szansa na dojechanie dziś do Atlantyku... Taaaaak - jeśli wszystko pójdzie gładko, to będzie to moje pierwsze w życiu spotkanie z Oceanem... Może i dla kogoś nie ma to większego znaczenia, że gdzieś tam istnieją dalekie morza, góry, lądy, oceany, do których przecież w dzisiejszych czasach, w każdej chwili można się łatwo i wygodnie dostać -  wystarczy samolot... Ja widzę to nieco inaczej - te miejsca były i wciąż są dla mnie przede wszystkim młodzieńczymi MARZENIAMI, o których przez długie dziesiątki lat jedynie śniłem. A dziś - jeśli dobry Los nadal będzie tak łaskawy jak dotychczas - mam szansę na spełnienie się jeszcze jednego z nich... Najbardziej jednak cieszy mnie to, że trzymając we własnych dłoniach tę niklowaną rurkę o średnicy 26,9mm -  sam jestem sobie „sterem, żeglarzem i okrętem” i do tak wielu odległych,  pięknych, egzotycznych miejsc, zdołałem już szczęśliwie dojechać... No ale do rzeczy - pobudka, poranna toaleta, pakowanie, coś na kształt śniadania (słodka bułka z dżemem i naparstek kawy - błeeee...) i ruszamy dalej... Trasa jest piękna - wiedzie między innymi przez miejscowość Mende (my sobie spolszczyliśmy nazwę tego miasteczka na: „Menda” - tak dla hecy), ale zaczyna być coraz bardziej pagórkowata i kręta. Marek nie przepada za takimi „winklami” ale trzyma się dzielnie i mknie za Krasnalem równo - ja kilkadziesiąt metrów za nimi. Krótki postój na uzupełnienie paliwa, a przy okazji na wspólną fotkę „w towarzystwie” francuskich barw narodowych - fajne z nas chłopaki - co nie?
Przejeżdżamy kolejne kilometry i oto ukazuje się nam przed oczami budowla jakiej jeszcze nie widzieliśmy - były to wysokie, potężne filary z „doklejonymi” fragmentami wiaduktu. Widok zgoła niebywały... Zastanawialiśmy się jak to „pieruństwo” trzyma się kupy i w jaki sposób zostaną połączone ze sobą ostatnie przęsła - ciekawa technologia - nie ma co... Pokręciliśmy dłuższą chwilę głowami, no i oczywiście sfotografowaliśmy to „cudactwo”.





No dobra - wystarczy już tych fotek - mkniemy dalej. Przy okazji kolejnego tankowania paliwa, Marcin dostrzegł w „cepeenowej” lodówce ciekawą puszeczkę - „Specjal Blond Beer - 7,9%” - hmmm, ciekawe jak to smakuje? Kupiliśmy po 1 sztuce i co by dłużej ciekawość nas nie gryzła, wypiliśmy na miejscu. U-hu-huuuu - GICIO!!! No to teraz możemy „ciąć” jak rakiety! - hihihi. Faktycznie - nasze „rumaki” jakby świeżego owsa się najadły. Odsadziliśmy Mareckiego nie źle ale co by ponownie zbić się w jedną gromadkę, zjechaliśmy po jakimś czasie na parking aby na niego zaczekać (właściwie to pęcherze się o to dopominały). Mija 15 minut i już do nas dołączył, ale... Ożesz kurna-olek!!! - Jeszcze jeden motorek za nim pędzi i zbliża się do nas, tyle że z wyraźnym napisem GANDARMERIE... Patrzę na Krasnala, Krasnal na mnie i czujemy jak nam się dłonie zaczynają pocić - czyżby nas gwardzista podpatrzył w trakcie konsumpcji 7,9%? A co tam - humor mam jeszcze na tyle wesolutki, że idę w kierunku „gliniarza” i wygłupiam się w geście pokory co by nad nami się ulitował. Jak się okazało, on w ogóle nie miał wobec nas żadnych „niecnych zamiarów”, a po skończonej nawijce przez komórkę - pogadał z nami jak motocyklista z motocyklistą i na koniec pozdrowił serdecznie, życząc szczęśliwej podróży - uffff  (polubiłem go - hihihi).



Lecimy dalej, ale tym razem krasnal z Markiem sporo mnie wyprzedzili i niestety jadąc sam - zmyliłem zjazd z autostrady - upsss. Jak tu się teraz zawrócić? Jak to jak? - Normalnie... Zatrzymałem się na awaryjnym pasie, obróciłem motorek o 180 stopni i dawaj pod prąd!!! Ależ przerażeni byli ci co to mnie z naprzeciwka wymijali - hehehe. A ja spokojnie do pierwszego zjazdu w lewo, potem pod prąd pod mostem na jednokierunkowej, aż w końcu na właściwy pas i dalej w pościg za kolegami - niespecjalnie długo czekali - hehehe.


Śmiejemy się razem z mojego „wyczynu” i „zapinamy” dalej. Mijamy Rodez, Albi, ogromną Toulusę i przez Auch i Mont de Marsan, dojeżdżamy do wybrzeża Atlantyku. Wreszcie z daleka zobaczyłem tą „Wielką Wodę - ależ BAJER!!! Nocleg znaleźliśmy w mieście San Jean de Luz. Hotel nie drogi, garaż jak się patrzy, a więc zrzucamy bagaże i schodzimy na kolację - hihihi wesoła była ta kolacja, wesoła. Jest już prawie 23-cia ale „dotknąć” oceanu dziś MUSIELIŚMY! Spacerkiem przez wyludnione, śpiące” miasto doszliśmy na plażę, na której ciepłe fale Atlantyku, bezszelestnie rozlewały się po wilgotnym piasku...




Zmoczyłem dłonie tą słoną wodą i zwilżyłem nią twarz - to był symboliczny pokłon Atlantykowi (a może to było w odwrotnej kolejności i najpierw wytarłem dłońmi z policzków słonawe łzy wzruszenia, a następnie wpuściłem je w toń Oceanu i w ten właśnie sposób oddałem ten „hołd”...). Wróciliśmy do kwatery grubo po północy. Będzie o czym śnić - ATLANTYK - ymmm...



Dzień czwarty - 14.06.2006
Dziś wstałem wyjątkowo wcześnie... Pokręciłem się po pokoju i łazience, wziąłem aparat i po cichutku „na paluszkach” poszedłem na spacer aby przyjrzeć się oceanowi w świetle porannego słońca. Od kwatery do plaży był spory kawałek drogi ale wiedziałem, że chłopaki będą co najmniej godzinę jeszcze spać dlatego czasu miałem wystarczająco dużo. Tafla wody - tu przy brzegu - gładka jak szyba, dopiero tam dalej gdzie zaczyna się wejście do zatoki, widać spienione grzbiety fal. Idę wzdłuż kamiennego molo, na którym siedzi kilku wędkarzy - sam też lubię łowić rybki, a więc nie zaszkodzi trochę pokibicować. Jednak, gdy podszedłem nieco bliżej, moją uwagę przykuły biegające po całym molo - kraby! Były one niesamowicie szybkie i jakoś nie bardzo chciały pozować do zdjęć. W końcu udało mi się jednego „namówić” - ładne stworzonko - nieprawdaż? Poprosiłem także któregoś z wędkarzy aby mnie także sfotografował na tle Atlantyku - to właśnie ta fotka.



Czas płynie szybko, a wiec pora wracać. Jeszcze kilka zdjęć zraszanego wodą, ukwieconego deptaka i niebawem melduję się w hotelu. Reszta załogi już także na nogach, a więc schodzimy do garażu - fajne autka tam razem z naszymi motorkami „nocowały”.
Cena za pokoje nie obejmowała śniadania, a więc postanawiamy pierwszy posiłek zjeść gdzieś na trasie. Zatem - do dzieła! - Około dziewiątej opuszczamy Sant Jean de Luz. Po przejechaliśmy kilku kilometrów, któryś z moich kompanów-głodomorów (chyba Marek), zauważył strzałkę z napisem „supermarket” - no tak -  będą kupować żarcie. Zjeżdżamy więc pod ten sklep i oni dwaj idą na zakupy, a ja siadam sobie przy jednym za stoliczków ustawionych przed „przymarketową” kawiarenką. Ledwo usiadłem, a tu już biegnie kobitka i groźnie powiada, że to są miejsca TYLKO dla klientów kawiarni! No dobrze - to poproszę jedną kawę i nie wrzeszcz już babo! Boże! - Co za wredny babsztyl! - Usiąść sobie na chwilę nie można, a stolików chyba z 10 i przy żadnym nikogo - ech ta Francja... Idą wreszcie wygłodnialcy z pełnymi siatami i dosiadają się do mnie - nawet jakąś faszerowaną bułę mi kupili. Nagle słychać brrrum, brrrum, brum - o! Motorek podjeżdża! Jak się okazało był to 70-letni facet (Szkot na BSA), który także tu przystanął aby opróżnić jakiś słoik z sałatką warzywną. Po pięciu sekundach, zmuszony był już z do zamówienia kawy. Zapoznaliśmy się z nim bardzo szybko i dowiedzieliśmy się, że właśnie jedzie sobie tym zabytkiem na motocyklowy zlot Nortona do Lizbony. No ładne kwiatki - to ja tu myślę, że już takim staruchem pod 50-ką jestem i wieki wyczyn motocyklowy robię, a tu gościu jest o 20 lat starszy i się nie pitoli tylko jedzie z Glasgow parę tysięcy kilosów, bo usłyszał, że „tam za rogiem kiosku RUCHU” w Lizbonie jest zlot...


Życzymy sobie szczęśliwych powrotów, robimy wspólną fotkę i żegnamy sympatycznego Szkota. Teraz przed nami granica z Hiszpanią, a dokładniej Krajem Basków. Jak dotąd o tym że przekraczamy granice, świadczyły tylko tablice z nazwą państwa, otoczonego dwunastoma gwiazdkami - tu jest inaczej To znaczy się - owszem, także jest tablica z napisem „ESPAŇA”, ale tuż za nią - blokada policyjno-wojskowa. Uzbrojeni po zęby i zamaskowani hiszpańscy komandosi, kontrolują niemal wszystkie znajdujące się na tej drodze auta - nas na szczęście puszczają, wskazując jedynie gestem ręki - „jechać dalej”. Brrrrrr - dziwne uczucie. No kurde, a jakby akurat ktoś w tym momencie jednak przerzucał samochodem broń do Kraju Basków (ponoć to normalka) - nie zła zabawa by się tu zrobiła... A spitalajmyżesz stąd jak najszybciej!!! Jedynka - dwójka - trójka - czwórka - piątka i nima nas. Przejeżdżamy wzdłuż wybrzeża przez San Sebastian i w okolicy miasteczka Mutriku - znajdujemy wyśmienite miejsce na rozbicie namiotów. Łączna długość dzisiejszego odcinka to jakieś 70 kilometrów... Już z rana postanowiliśmy, że dziś zrobimy sobie wybitnie krótki etap, taki rekreacyjno-wypoczynkowy. W końcu mamy już szmat drogi za sobą i należy nam się gruntowny odpoczynek i relaks. Na “mutrikowym kempingu” jest przednio...





Przede wszystkim jest bogato wyposażony barek, tak więc z jadłem i pitłem problemów nie będzie, a żeby przypadkiem nie przegapić godziny jego zamknięcia, stosowne zaopatrzenie zrobiliśmy od razu. Ustawiamy namioty, pompujemy materace, byczymy się na trawie i z lubością oddajemy się winno-piwnej rozpuście, aż do późnej nocy. To była prawdziwa balanga, łącznie z “odegraniem hejnału” - hihihi. O której zasnąłem - nie pamiętam... Upssss...





część 1 część 2 część 3 część 4 część 5


Powrót