Promem przez Europę czyli Malta 2005



część 1 część 2 część 3



Mapa Europy włożona jest między kartki notesu – tego samego notesu, w którym to w ubiegłym roku, wspólnie z Januszem złożyliśmy podpisy przy słowie MALTA… Pamiętam zapewnienia i zapał Dudusia, jaki towarzyszył mu podczas tego „ślubowania”. Było dla mnie oczywiste, że gdyby ta wyprawa rzeczywiście doszła do skutku to, kto jak kto – ale Janusz na sto procent z nami pojedzie. Podczas długich jesienno-zimowych wieczorów, często rozkładałem tę mapę na podłodze, zerkając przy okazji na złożone autografy i „chciwie” wpatrywałem się w niewielki punkt, położony na Morzu Śródziemnym pomiędzy Sycylią, a wybrzeżem Tunezji – tak to Malta. I tak już zostało…


dzień 1 - 11.06.2005

Od rana ciężkie chmury przetaczają się po niebie. Motorek wyprowadzony z garażu już o siódmej, chociaż wyjazd zaplanowaliśmy na 9-tą. Raz jeszcze sprawdzam czy wszystko zapakowałem i czy  należycie zostało przymocowane. No niby gra. Mam jeszcze sporo czasu, a więc myślami wybiegam do przodu – jak to też nam we dwójkę uda się ta wyprawa? Zaledwie kilka dni temu miało nas być pięciu, potem czterech, no a w ostatniej chwili – po rezygnacji Dudusia – zostaliśmy już tylko my dwaj. Co prawda znamy się dobrze i jak dotąd zawsze docieraliśmy do celu wypraw, a więc i tym razem powinno być dobrze, ale czy faktycznie tym razem wszystko będzie szło tak gładko? Przecież mamy ogromny szmat drogi przed sobą. Takie dziwne myśli raz po raz przypałętywały się do mnie, ale mimo to miałem dobry nastrój no bo w końcu dzisiejszy dzień jest dniem wyjazdu!!! Robię ostatnie pociągnięcia szmatką po niklach i wreszcie słyszę z daleka „furgotanie Krasnalowej Jamaszki” –  o dziwo – PRZED dziewiątą!!! A więc tym razem Krasnal wyjątkowo nie spóźnił się i jest na czas na Nadbrzeżnej 15. Witamy się serdecznie i dowcipkujemy o tych, którzy z nami nie jadą. Nagle miła niespodzianka, bo oto przybywają (samochodami niestety) kolejno – Dziadek Tomek (mój tato), Solek, Duduś, a także brat Tadek z Lubomierza. Miło się nam zrobiło, że jednak chłopakom chciało się w sobotę tak wcześnie wstać, aby nas pożegnać. Rozmawiamy i żartujemy sobie jeszcze kilka minut, potem serdeczne uściski „na misia”, braterskie poklepywania i ostatnia pamiątkowa fotografia przed domem. Teraz już tylko pozostało odpalić maszyny i w drogę!!!

A zatem „mordki w podkówkę do góry” i z rykiem klaksonów ruszamy w nieznane. Na dzisiaj zaplanowaliśmy sobie bardzo długi etap – blisko 1000 km, po to aby jak najbardziej zbliżyć się do Alp i następnego dnia je przeskoczyć. Ciekawe czy się nam to uda, bo chmury coraz bardziej gęstnieją i ciemnieją. Przez pierwsze kilometry jedziemy sobie szybko i bez niewygodnych ubranek przeciwdeszczowych – jest chłodno ale na szczęście nie pada. W Czechach drogi są dobre dlatego mamy możliwość „depnięcia” i nadrobienia sporej ilości kilometrów, na wypadek gdyby później pogoda miała się faktycznie zupełnie załamać. Praktycznie przez całe Czechy udało się nam przebrnąć na sucho, ale tuż po przekroczeniu czesko-niemieckiej granicy lunęło jak z wiadra!

Wskakujemy więc w nieprzemakalne kombinezony, ale jazda już nie ta sama – teraz wolniej i ostrożniej bo o poślizg lub wywrotkę nie trudno. Na dodatek Krasnal nie ma wycieraczek na swoich okularach (hihihi) i cała woda spod TIR-ów zachlapuje mu te jego patrzałki. Musi często przystawać i przecierać szkła. Mimo deszczu buźka mi się cieszy, ponieważ dzisiaj na niemieckich autostradach ruch nie jest zbyt duży i dlatego mamy nawet nie zły czas jak na takie warunki pogodowe, a zatem – jest DOBRZE!!! Im więcej przejechanych kilometrów tym wyraźniej czułem jak z każdą godziną, minutą, sekundą oddalam się od wszystkich przyziemnych problemów. Jedźmy, jedźmy – jedźmy jak najdalej!!! Zbliżało się już późne popołudnie i zrobiło się znacznie zimniej niż dotąd – nic dziwnego – dotarliśmy w rejon Alp. Rety! Toż w tych górach trwa jeszcze zima, a przecież my jutro musimy przez nie przejechać – uuuulalaaaa. No ale to dopiero jutro. Tymczasem przed naszymi oczami ukazało się wreszcie długo wypatrywane miejsce – było nim ogromne Jezioro Bodeńskie, położone u podnóża tych wielkich ośnieżonych szczytów – ależ bajeczny widok!!! I to właśnie był cel dzisiejszego etapu. Czas znaleźć jakiś nocleg i odpocząć. Nie było kłopotu – wszędzie wokół pełno hoteli i pensjonatów, a więc jest OK. Ostatecznie kwaterujemy się w miejscowości Lindau. Wynajmujemy pokój, zrzucamy mokre ubraniai jeszcze wieczorem wychodzimy na krótki spacer nad brzeg jeziora. No a potem już tylko do wyrka – to był trudny i meczący etap. Krasnal pada jak ścięty i śpi smacznie już po kilku minutach od wejścia do pokoju. Ja także położyłem się w swoim łóżeczku pod puchową kołderką i pod przymkniętymi powiekami zaczynam przypominać sobie całą dzisiejszą trasę i jakby jeszcze raz po niej jadę. A może to już tylko mi się śni?


dzień 2 - 12.06.2005

Dziwnie jakoś mnie ta natura skonstruowała, bo zamiast spać „do oporu”, to budzę się przed piątą rano i koniec spania. Z jednej strony to może i dobrze, bo mam możliwość oglądania świata od samego świtu ale z drugiej strony to trochę mi się nudzi do chwili aż ktoś raczy się wreszcie wyspać i przemówić. Krasnal ma to do siebie, że śpi jak zabity i trudno go nawet na śniadanie ściągnąć, no ale to drobna wada – hehehehe. Tego dnia również wstałem wcześnie i z konieczności wybrałem się z aparatem na poranny spacer po okolicy. W hollu hotelowym widok jakby żywcem przypominający poddasze w moim domu. Tuż obok hotelu stawik, a w nim kaczki „przyłapane” na porannej toalecie. „Ordnug muss sein!” – Typowo niemieckie ptaki – hehehe.

Po kilkudziesięciu minutach wracam bo czas upływa i trzeba wreszcie jechać, a ten tam pewnie jeszcze nie śpi. O!!! – Jakież zaskoczenie! Krasnalisko już przy stole wcina śniadanko – no,  no, noooo. Dosiadam się więc do niego i omawiamy plan dzisiejszego dnia – cel włoska Genua. No tak – plan planem, a tu znów siąpie z góry. Trudno, przecież i tak nie mamy wyboru, a więc pakowanko, zapłata za nocleg i wsiadamy na sprzęty. Przed nami  kolejno Austria, Księstwo Lichtenstein i Szwajcaria. W tej chwili na masztach Marudera wiszą tylko flagi Polski (ta musi non-stop wisieć) i Niemiec, ale już za parę kilometrów trzeba będzie tę niemiecką zmieniać na następne, a tu leje na głowę. Granice tych alpejskich krajów niemal stykają się ze sobą dlatego też uznałem, że najlepiej będzie jak założę wszystkie na raz i też będzie piknie. Na prawym maszcie pozostawiam więc niemiecką flagietkę i dokładam jeszcze austriacką oraz Lichtensteinu, a na lewym obok polskiej zawieszam szwajcarską – ot i problem rozwiązany. Dojeżdżamy do Austrii. Tu trzeba wykupić winietki, a przy okazji chwilka przerwy i czas na łyk kawusi. Po kwadransie jedziemy dalej i robi się ciekawie, bo oto przed nami tunel – no niby nic nadzwyczajnego ale ten skubaniec miał chyba z 8 kilometrów!!! Nasze motorki tak głośno warczały z „dodatkiem echa”, że ci co jechali za nami normalnie zwalniali bo huk był nie do zniesienia. A co? – Nie stać nas?! – hehehehe. Potem jak nas wyprzedzali to się tylko uśmiechali i mimo wszystko pokazywali znak kciukiem do góry – to było bardzo miłe. Już sobie wyobrażam co byśmy w Polsce usłyszeli z okien samochodów – aż ciarki przelatują. Ale nic to, Austria szybciutko się kończy i już jesteśmy w stolicy Księstwa Lichtenstein –  Vaduz. Tu dosłownie robimy kilka fotek bo wciąż pada i obiektywy mokną. 


Podczas ponad godzinnego przechadzania się po mieście, bacznie przyglądałem się jego mieszkańcom. Wszyscy byli uśmiechnięci, nie wiadomo z czego zadowoleni i albo – podobnie jak my – wolno spacerują sobie po ulicach albo siedzą pod zadaszonymi ogródeczkami przy kajpkach i bajdurzą o Bóg nie wie o czym. Nikt się nie spieszy, nie biega, nie mówi nawet głośno tylko spokój, spokój i jeszcze raz spokój. Fajnie by tu było przysiąść na dłużej i choćby tylko patrzyć na ten szczególny klimat beztroski i totalnego luzu. Ech... Tymczasem jakby deszczyk ustawał, a nawet słonko zaczęło wyglądać zza chmur. Oooo – to już dobry znak – patrzymy na siebie i puszczamy sobie oko – na koń !!! Oto jakie widoczki zaczęły przed nami wyrastać, gdy opuściliśmy Lichtenstein i wjechaliśmy do Szwajcarii. Ludzie Święci!!! Toż my musimy przez te górzyska przejechać, a tam śnieg leży!!!! 

No tak. Cóż w takiej chwili można było więcej powiedzieć? Jak to co? Wiadomo – normalne zawołanko – A co? Nie stać nas?! – hihihi. No i poszli my na tę rzeź – hehehe. Zmrożone buźki, sztywne paluszki, kryształki zamarzniętego deszczu kłujące w policzki – ale za to jakie przeżycie! Ech – nikt nam tego nie odbierze!!! Najtrudniej było na samym szczycie Przełęczy Św. Bernarda, bo asfalt był straszliwie śliski ale powolutku „na paluszkach” zjechaliśmy szczęśliwie na sam dół. A na dole od razu CIEEEEPLEJ!!! Hurrrrra!!!! Teraz już całkowita zmiana pogody, nastroju. Nawet nie spodziewaliśmy się, że tak szybko dojedziemy do Włoch. Mijamy granicę i w te pędy zbliżamy się do śródziemnomorskiego wybrzeża – konkretnie do Genui. Mija jeszcze trochę czasu i mamy przed sobą MORZE I PALMY!!! Ależ pięknie.

Widok zgoła radośniejszy niż – jeszcze przed kilkoma godzinami – śnieg przed oczami. Przejeżdżamy jeszcze kilka kilometrów wzdłuż brzegu aż w końcu zatrzymujemy się w małym portowym miasteczku i przysiadamy w knajpce, aby rozgrzać żołądki chmielową zupką. Przy okazji pytamy miejscowych o jakieś zakwaterowanie. Co prawda nie jest jeszcze późno ale dalej już dzisiaj nie pojedziemy, bo cel kolejnego etapu tzn. brzeg Morza Śródziemnego – został osiągnięty. Kwaterę polecono nam chyba najlepszą z możliwych, a dlaczego? – Otóż szef tej knajpki wskazał nam taki niewielki przytulny hotelik po przeciwnej stronie ulicy, w którym –  jak się wkrótce okazało – pracowała dziewczyna z Polski! Mieliśmy więc za jednym zamachem zarówno miłe towarzystwo jak i tłumacza. Przybiliśmy sobie z Krasnalem „piąteczkę”, bo przecież to niebywałe szczęście trafić wśród tylu hoteli na akurat ten, w którym za chwilę będziemy gadać po naszemu – hihihi. Jeszcze tego wieczoru poznaliśmy naszą rodaczkę Elwirę, która we Włoszech mieszka już od 10-ciu lat. Tu wyszła za mąż (za Polaka) no i tu pędzą sobie spokojne, radosne życie w pięknym portowym miasteczku. Umówiliśmy się z Elwirą na rano na wspólne śniadanko i dłuższą rozmowę, ponieważ dzień drugi zmierzał już ku końcowi.


dzień 3 - 13.06.2005

Kto obudził się pierwszy? Wiadomo. No jak można spać, gdy ptaki nawołują się śpiewem, gdy słonko budzi się żółtawym blaskiem, gdy za oknem słychać szum morza. A niech tam Marcin jeszcze sobie śpi – ja wstaję, wezmę jakąś szmatkę, wiaderko z wodą i przetrę sprzęcik z tego brudnego osadu po tych deszczach niemiecko-szwajcarskich. Tak też zrobiłem i od razu mój nieoceniony motorek zaimponował świeżym blaskiem lakieru i lustrzanymi niklowanymi elementami swojej karoserii. Lubię gdy tak lśni – on też się wtedy pewnie cieszy, bo wszystkie dziewuszki chcą na nim siadać – hehehehe. Robota skończona – wracam do pokoju. Wreszcie mój kompan się wygramolił z pościeli i zeszliśmy na dół zasiąść do stołu. „Nasza” Elwira natychmiast pojawiła się przy nas i dogadzała coraz to nowszą propozycją śniadaniową. Starsza pani – właścicielka hotelu – a za razem jej szefowa, także nam towarzyszyła i czuliśmy się w gronie przemiłych dam znakomicie. Czas upływał na sympatycznej rozmowie i choć żal było się stąd ruszać – w końcu nadeszła najwyższa pora aby zbierać się w dalszą drogę. Wymieniliśmy adresy, zrobiliśmy pamiątkowe fotki i pożegnaliśmy się.

Jedziemy dalej. Pogoda piękna, ciepło, humory doskonałe – żyć nie umierać!!! Po drodze wzdłuż brzegu morza przystajemy na krótkie chwile aby nacieszyć oczy i porobić fotki – a w serduszkach jedynie radość, radość, radość. Właśnie w czasie jednego z tych przystanków zagadnąłem Krasnala aby może nie wracać znów do Genui (stamtąd planowaliśmy wypłynąć promem na Korsykę), ponieważ stąd jest już bardzo blisko do francuskiej Nicei i zapewne z tego portu także coś będzie płynąć na tę wyspę – w końcu Korsyka to francuska wyspa, a nie włoska. Liczyłem też na to, że po drodze moglibyśmy jeszcze „zaliczyć” kolejne państewko czyli niewielkie Księstwo Monako. No nie bardzo się to Krasnalowi podobało, ale i nie upierał się zbytnio żeby nie jechać – dał mi tylko jeden warunek. Mianowicie zapowiedział, że jeśli mam flagietkę Monako to się zgodzi. Ożesz kurna-olek!!! No fakt – nie dość, że takiej nie przewidziałem takiej możliwości przed wyjazdem, to przecież nawet nie pamiętam jak taka flaga wygląda i na 100% nie zamawiałem jej we „flagietkowej firmie” w Bielsku. No tak – czuję, że mi Monako przeleci koło nosa, ale jakoś nie dawało mi spokoju z tymi barwami narodowymi „stolicy hazardu”. Myślę sobie – najwyżej namaluję coś na kartce papieru podobnego do tej flagi i „wykiwam” kolegę, ale najpierw biorę mapę Europy, żeby zobaczyć co właściwie powinienem namalować. Nagle mało oczy nie wypadły mi z orbit!!!! HAHAHAHAHA!!!! No coś niesamowitego – jak ją zobaczyłem to o mało nie wybuchnąłem ze śmiechu i ze szczęścia!!! Toż ona jest identyczna jak polska tyle że „do góry nogami” – hihihihi!!! Jeszcze przed wyjazdem z domu wziąłem dwie polskie flagietki, z uwagi na fakt, że jeśli jedna w połowie trasy bardzo się pobrudzi to założę świeżą – a tu masz ci los - przydały się obydwie jednocześnie i to jak BARDZO!!! Mam!!! - Mam Krasnallusie monakijską flagę i nic już nie masz do gadania! – Jedziemy do MONAKO!!!

Faktycznie jak to zobaczył to normalnie zbaraniał (podobnie jak ja parę minut wcześniej) i znów było nam wesoło i zarombiście!!! To był kolejny przejaw szczęścia. Oj dobrze było popatrzyć na ten przepych i bogactwo jakie „panoszyło się” dookoła. Wypiliśmy sobie po piwku, nacieszyliśmy oczka, zaglądnęliśmy do kasyna i pojeździliśmy po tym państwie-mieście, a potem skierowaliśmy się na San Remo. A co?! – Być tak blisko i nie przejść się po Alei Gwiazd? Nas nie stać?! – To kogo ma być stać!!! No i jak pomyśleli – tak zrobili. Fajnie, fajnie, fajnie nam się dzieje. Ledwie trzeci dzień nastał, a już tyle wrażeń i frajdy. Jak tak dalej pójdzie to w końcu ocipiejemy z nadmiaru szczęścia!!! – Hihihi

Trzeba więc coś zrobić aby ugasić gorącą falę radości, ale pytanie – jak i czym to zrobić? Odpowiedź – oczywiście najskuteczniej gorąc gasi się – PIWKIEM!!! Hehehe. No dobrze. Zrywamy się dalej bo przecież trzeba nam do Nicei, aby sytuację z promami rozeznać. Licho wie o której odpływają (z Genui było wiadomo, ale kto by przypuszczał, ze plany tak się pięknie rozpirzą – hihihi). Ale przecież tak na dobrą sprawę to myśmy konkretnych, sztywnych planów w ogóle nie mieli, bo jak mawia mój kompan: „najlepszy plan, to brak planu”. Przekonałem się wielokrotnie, że to święta racja i luz totalny gwarantowany. Jedziemy więc spokojnie do Nicei i już. Absolutnie bez pośpiechu docieramy do portu i po posiłku rozglądamy się za terminalem. Przy okazji cykam fotki na prawo i lewo. Ładna mieścina z tej Nicei. Jest około 14-tej, gdy wreszcie dowiadujemy się o terminach i godzinach odpływania promów na Korsykę – naszą „pierwszą” wyspę i morską przygodę. No tak – dzisiaj niestety już nie popłyniemy – dopiero jutro rano, a więc spanko we Francji kontynentalnej. Ale co to za problem? – Dla nas? ŻADEN problem!!! Nas nie stać? Mamy do wieczora dużo czasu, no to sobie pospacerujemy i co by kosztów nie zawyżać – poszukamy miejsca na namiociki – w końcu bez potrzeby ich nie zabieraliśmy. Najpierw jednak spacerek i rzut oka na prom oraz terminal, z którego jutro odpłyniemy.

Wieczorem podjechaliśmy na stację benzynową otoczoną sporym trawnikiem i to zupełnie nas zadowoliło, tym bardziej, że znów zaczynało kapać z nieba i zerwał się niesamowicie silny wiatr. Marcin szybko ustawił namiot i „uderzył w kimę” – ja postanowiłem przeczekać do rana pod zadaszeniem „CPN-u” bez rozstawiania namiotu.Ależ wiało!!! Do tego ulewa jak czort – nie mogłem nawet na moment przymknąć oczu, „leżąc” na siedzeniu motorka. Wstawałem co chwilkę i łaziłem wokół stacji. Dziwna rzecz – do około drugiej w nocy – ruch w mieście jak w pełni dnia, dopiero znacznie później poznikali gdzieś ludziska, a częstotliwość przejeżdżających samochodów na ulicach – zdecydowanie osłabła. Teraz wyraźniej słychać było pochrapywania Krasnala (upiera się że w ogóle nie chrapie – hihihi). Noc mijała, a ja nie zmrużyłem oka nawet na 5 sekund. Zaczynało widnieć.


dzień 4 - 14.06.2005

Ponieważ prom na Korsykę odpływał o siódmej rano, na terminalu należało zameldować się już o 6-tej. Poranek nie był obiecujący. Ku mojemu zmartwieniu na niebie wciąż utrzymywały się ołowiane, ciężkie chmury, z których od czasu do czasu spadała ta mokra, bezbarwna ciecz. Cholera! A było już tak pięknie. No trudno – popłyniemy niżej na południe i może w końcu gdzieś tam zrobi się pogodniej i to na dłużej. Teraz jednak zwijanie „domostwa” i wyjazd do portu. Wjeżdżamy do tej rozwartej paszczy naszej łódki i mocujemy motorki w ładowni.

Wreszcie po chwili rozpoczyna się nasza pierwsza morska podróż. Teraz będę mógł wreszcie odespać nocne niewygody – uffff. Jeszcze tylko przez moment spojrzę w dal za zanikającym zwolna brzegiem lądu i morską – kłębiącą się jak moje myśli – pianą. Ależ pięknie się spało. Co lepsze – po przebudzeniu – miła niespodzianka – słoneczko zaczyna przebijać się przez chmury i robi się cieplutko – ymmmm – jak miło. Po kilkugodzinnym rejsie dobijamy do brzegu wyspy. W takim razie nic nam nie zostaje jak „biegusiem” zbiec po motorki do „brzucha promowego” i wyjechać na stały grunt. Zobaczmy no jak tam nas ta Korsyka przywita. Eeeee!!!! SUPER!!!! Proszę spojrzeć.

Ładnie – nieprawdaż? Na tej plaży – niemal pustej – zostawiliśmy motorki, ubrania i wykąpaliśmy się wreszcie w cieplusieńkim Śródziemnym Morzu. Jest wczesna godzina – dopiero 14-ta, a więc jeśli będziemy mieli farta, to szybko dojedziemy do południowego skrawka Korsyki (jakieś 250km) i być może uda nam się z marszu łapnąć na kolejny prom – tym razem na Sardynię. Obydwie wyspy dzieli zaledwie około 50 km wody, a więc są bardzo blisko siebie i zapewne promy pomiędzy nimi kursują często. Tymczasem jednak relaksujemy się raz kąpielą, raz piwkiem, raz frykasami z miejscowej kuchni, a także widoczkami, przyrodą i ciepełkiem. Nie sposób z resztą ująć słowami tego co nas cieszy, czym się zachwycamy i czym relaksujemy dokładnie, ponieważ sam fakt przebywania w tym miejscu, a także perspektywa dojechania do nowych – coraz to innych, cudownych i dalszych miejsc – sama w sobie jest wystarczająco piękna i niesie nas na tej swojej – niewidocznej gołym okiem – fali radości. Ech. Cóż za wspaniałe uczucie. Nawet nie wiadomo kiedy minęła nam droga przez całą Korsykę. Zatrzymujemy się na południowym cyplu w miasteczku San Bonifacjo, a tu kolejny przejaw „fuksa” – za 2 godziny wypływa prom na Sardynię! I to jest TO!!! Jest jeszcze pełnia dnia, a więc znów okazja do zwiedzania i robienia zdjęć.
Cały czas mam wrażenie, że jestem wśród życzliwych i serdecznych ludzi, ponieważ co chwilkę ktoś do nas podchodzi i chętnie rozmawia, pyta z zaciekawieniem o to skąd jesteśmy i z podziwem kręci głową, traktując nas jak jakichś wyczynowców, a my po prostu jedziemy sobie w świat na motorkach. Jednak nie ma co ukrywać, że te miłe spotkania są bardzo, bardzo uskrzydlające – wręcz budujące. Nie pamiętam już ile browarów rozłożyliśmy na czynniki pierwsze tego popołudnia i wieczoru, ale mając bileciki w kieszeni – cieszyliśmy się ze „zdwojoną energią” z kolejnego w tym dniu rejsu. Prom linii MOBY LINES podpłynął z znienacka i po cichutku. No cóż – drugi „okręt” w ciągu jednego dnia stoi oto przed nami i zaprasza „na pokoje”. Nie ma co – jak zabawa to zabawa! Wjechaliśmy do środka, a z pokładu  cykamy kolejne pamiątkowe fotki. Boże!!!
Gdzież ja te fotki powklejam po wywołaniu, a toż to dopiero początek wyprawy! Rozmarzyłem się po raz kolejny nie tylko z powodu posiadania pięknego i bezawaryjnego motorka ale także –  a może raczej przede wszystkim – z powodu możliwości podróżowania i doznań jakich dzięki temu mam okazję przeżywać. Wielce bogaty w wydarzenia jest ten dzisiejszy dzień. Jeszcze „przed chwilką” byliśmy w Nicei, później przepiękna Korsyka, a tu już widać na horyzoncie kolejną wyspę – oto Sardynia. Zaczyna gwałtownie się ściemniać, a my dopiero wjechaliśmy do miasteczka Santa Teresa i zastanawiamy się na rynku przez może dwie – trzy minuty gdzie tu o jakiś nocleg pytać, gdy nagle – ni stąd ni zowąd podchodzi do nas para młodych ludzi i zagaduje po słowacku. Ale fart!!! Jak się okazało to – Miro i Marta – Słowacy będący tu od trzech dni. Mają już doskonałe rozeznanie w sprawie noclegu – hurrraaaa!!! Prowadzą nas pod hotelik, w którym sami mieszkają i proponują wspólny wieczór po naszym rozlokowaniu się.
Rozstajemy się na kilkadziesiąt minut. Szybki prysznic – ładowanie komórek i baterii do aparatów, a potem świeże łaszki na siebie i idziemy do miasteczka. Spotykamy naszych przyjaciół w „piwnym ogrodzie” i tak szczerze mówiąc to nie wiem do której gaworzyliśmy przy suto zastawionym stole. Koniec imprezy. Dziarskim krokiem – choć nie całkiem marszowym (hehehehe) dotarliśmy weseli do hotelowego pokoju. Jak widać – Krasnal MUSIAŁ jeszcze coś opróżnić przed zaśnięciem – ten to ma zdrowie!!! – Hihihi. W ten sposób zakończył się kolejny WSPANIAŁY dzień – dzień czwarty.

dzień 5 - 15.06.2005

„Poranny ptaszek” – wiadomo kto – już na nogach od piątej. Bezszelestnie wychodzę na balkon i przyglądam się okolicy – ależ tu ładnie. Inna niż u nas zabudowa, inna roślinność, nawet ptaki których nazw nie znam. Postanowiłem pójść na spacer aby zobaczyć to wszystko z bliska. Przechodząc obok miejsca, w którym nie dalej jak przed kilkoma godzinami urzędowaliśmy z naszymi słowackimi znajomymi, uśmiechnąłem się znacząco. Teraz jest tu zupełnie cicho, nie ma kolorowej iluminacji, nie słychać muzyki i naszych gromkich śmiechów, no a przede wszystkim na stole nie ma ani jednej butelki. Pewnie Miro z Martą także jeszcze „pokutują” po wczorajszej imprezie – no ale cóż – mogli sobie zamawiać Coca-Colę hihihi. Senny poranek w Santa Teresa z wolna zaczynają rozbudzać silniki aut i tych małych dwusuwowych „bzyków” bez których Włosi chyba nie potrafili by żyć. A niech to czort! – Nie zabrałem na ten spacer aparatu, ależ szkoda. Trudno – najwyraźniej jedno z miasteczek poznanych na trasie wyprawy, nie zostanie uwiecznione na fotkach ale przecież przed nami jest jeszcze ich wiele. Chyba wszystkimi uliczkami zdążyłem się nachodzić, a tu jeszcze siódmej nie ma i nawet kawy nie mogę sobie nigdzie kupić (a pić się chce – upsss). Nie ma co, wracam do naszego hoteliku – dobra i „kranówka” gdy pragnienie doskwiera. Idę więc wąskimi, krętymi uliczkami wzdłuż domostw z których jednak już zaczynają wysnuwać się zaspani ludziska – pewnie do ROBOTY. Jeszcze tylko kilka kroków przez ryneczek i ostatnia prosta w kierunku hotelu. Dopiero będąc całkiem blisko wejścia, zauważyłem nasza hotelowa kawiarnia jest już czynna! No proszę! – Jakaż miła niespodzianka!!! Nie ma to jak „w domu” – hihihi. Wesoła kelnerka zauważyła ze się zbliżam i od progu zaprasza do środka. Z uśmiechem grzecznie pyta jak się spało i czy coś podać – oczywiście, że podać (dobrze, że nie krzyknąłem). Zamawiam kawkę i po kilku łyczkach jestem jak nowy. Rzut oka na zegarek – wpół dziewiątej. Koniec spania Krasnalu – idę po ciebie. Co by nie zbyt brutalnie wybudzić śpiocha, staram się nie robić zbyt wielkiego hałasu, tylko tak niby przypadkiem upadają mi dwie bateryjki na podłogę, które celowo niezgrabnie wkładam do aparatu – hihihi. Poskutkowało – zaczął głośno ziewać. Biorę więc aparat, wchodzę na balkon i zdołałem jednak zrobić kilka zdjęć na najbliższą okolicę Santa Teresa. Teraz już potoczyło się szybko – śniadanie, pakowanie i po pół godzince siedzimy na motorkach. Pogoda super, humory jeszcze lepsze – tylko jechać. Przed nami jakieś 350 km do południowego cypla wyspy (miejscowość Cagliari), skąd mamy zamiar zaokrętować się do Trapani na Sycylii, czyli trzeciej już wyspy w drodze na Maltę. Raz nad samym morzem, niekiedy przez wysokie góry ale wciąż jednostajnie na południe.

Wdychać to czyste powietrze, czuć pęd wiatru, odbierać zmieniające się zapachy i szeroko rozglądać się na lewo i prawo w pełnej euforii, to jest zupełnie nie pojęte dla kogoś kto nie podróżuje motocyklem. Brak słów i czasu na opisywanie –  trzeba samemu przeżyć. Nawet w tej chwili gdy piszę te słowa – niemal czuję że wciąż tam jestem i jadę. Dobra, dobra – znów się Dusza rozmarzyłeś. Jazda jazdą, ale zjeść też coś po drodze trzeba. A po chwili znów przed siebie.
W końcu jesteśmy na miejscu – Cagliari. Pierwsza, najważniejsza rzecz to zdobyć informację co do rozkładu promów – a zatem kierunek – terminal portowy. Hmmm. Przykra niespodzianka, na miejscu okazuje się, że nie możemy „z kopyta” płynąć na Sycylię. Prom do Trapani – sycylijskiego miasta, do którego mieliśmy zamiar dziś dotrzeć – odpływa dopiero za pięć (!!!) dni. Co robić? Szybko mapa do ręki i szukamy innych możliwości. Hmm – można by spróbować zorientować się jakie są szanse na przykład do Palermo. Pytamy „panienki z okienka” jak taka ewentualność wygląda a ona na to, że pojutrze można płynąć. BINGO!!! A co to nie stać nas dwóch dni na Sardynii sobie spędzić?! Hehehe. Teraz już wszystko jasne – po bilety mamy zgłosić się w dniu wypłynięcia promu, a więc rozglądamy się teraz za jakąś „chałupką”. Wracamy do centrum Cagliari, aż tu nagle –  w trakcie przejazdu przez jedną z ulic tego miasta, Krasnal zauważył kątem oka napis na słupie: „Bed&Breakfast”. Daje mi ręką znak do zatrzymania się i powiada, że to w dosłownym tłumaczeniu: „łóżko + śniadanko”. A czegóż nam więcej trzeba?! – Jedziemy zatem obadać to miejsce. Nonieeeee. LUKSUS!!! Willa jak się patrzy!
Mamy obawy czy to niezbyt „wysokie progi” jak na nasze kieszenie, ale witająca nas, uśmiechnięta pani oferuje bardzo przyzwoitą cenę – aż się zdziwiliśmy, że tak taniuchno. Wkrótce okazuje się, że ona także śmiga motorkami i ma nas za swojaków – fart!!!!!!! Szybko się zadomawiamy i siedząc w cieniu palm czujemy jak nam dobrze. Był jeszcze popołudniowy spacer nad morze i do sklepu. Jakaś kolacyjka była o tej porze jak najbardziej wskazana – no nie da się nie jeść – niestety. Sporośmy się nadźwigali tej „kolacji” – hihihi. Ale za to na 100% będzie pyszna!!!  Wracając z zakupów fotografuję kilka okazów miejscowej roślinności. Wreszcie mogłem się z bliska przyjrzeć najprawdziwszym cyprysom.
Zmrok zapada szybko. Dobrze, że jesteśmy tuż przed domkiem i już za moment spałaszujemy zakupione „żarełko” na świeżym powietrzu. Potem tradycyjnie prysznic, wślizg pod kołderkę i zamykamy oczka. Zanim zasnę – długo jeszcze będę „widział” pod powiekami dzisiejszy odcinek niezwykle malowniczej i jakże pogodnej trasy.

dzień 6 - 16.06.2005

Dzisiaj mamy totalną labę. Rano czeka na nas śniadanko przygotowane przez Robertę – naszą gospodynię. A potem w planie plażowanie. Marcin coś nie bardzo przepada za leżeniem na słońcu ale ja owszem – tak. Lubię patrzeć na kołyszące się morze i słuchać szumu jego fal. Niewiele zabrałem ze sobą nad wodę – dwa ręczniki, aparat, piwko i trochę „ichniego grosza” – tak na wszelki wypadek. Taaaaak, teraz będę się „byczył” do samego wieczora – hihihi. Ciekawie tu jest nie ma co. Rety! Ta meduza waży chyba ze 6 kilo! Po godzinie Marcin dołącza do mnie i już razem spacerujemy wzdłuż brzegu plaży – a słońce i tak „swoje robi”.

Na przystani jachtowej pakuję się na łódkę jakiegoś wesołego Japończyka i pamiątka gotowa. Ech – ci Japończycy – wszędzie ich spotykamy. Wiadomo o co chodzi, kto ma „eci-peci” – podróżuje. To „PRAWIE” tak jak my. A co?! Nie stać nas?! Hihihi. Dobrze, ze wziąłem ze sobą kilka groszy – kupiłem Grześkowi daszek na głowę "prosto" z Jamajki – hihihi. Podsmażeni i zadowoleni wracamy do domu, aby pogadać z Robertą i jeszcze troszkę „dopiec się” na ogródku, a także przetrącić małe co nieco.
Aura jak marzenie. Marzenia także jak aura – żyć nie umierać. O! Jest i Roberta. No to sobie porozmawiamy teraz o jej motokrosowych wyczynach – ten temat jest przecież nam szczególnie bliski. Jak się okazuje, Roberta zdobyła wiele nagród i posiada wspaniałe sukcesy na swoim koncie. Uuuu-la-laaaa nabieramy pełnego szacunku – ona jest byłą mistrzynią (czy może wice?) Włoch!!! W garażu, gdzie stoi jej motorek, pełno jest pucharów, pamiątkowych tablic i fotografii z różnych zawodów. Aż miło spojrzeć na dziewuszkę co w oczach ma łzy, gdy opowiada z zapałem o swoich startach i wyczynach na torze krosowym. Do wieczora nam zeszło na podwórku przy piwku i rozmowie. Długi to był dzień i jak każdy poprzedni – wniósł wiele nowego do naszej - jakże cudownej wyprawy.
Zapomniałem jeszcze dodać na wstępie, że Roberta prowadzi swój pensjonat wspólnie z Anną (niestety nie dała się sfotografować), a w czasie naszego pobytu, mieszkała u nich również znajoma z Belgii – Anuke (także uciekała przed obiektywem). To właśnie z tą Belgijką rozmawiałem po niemiecku, ona z kolei tłumaczyła na włoski, a tym samym wymiana zdań przebiegała bez problemu – czyż to nie jest kolejny fart?! Już po raz kolejny w życiu kłaniałem się (w myślach) nisko mojemu nauczycielowi języka niemieckiego z liceum. Dzięki ogromne Panie Uljasz!!! A jeśli już nadmieniam o znajomości języków obcych, to właśnie niemiecki i rosyjski (przydatny w Bułgarii i Serbii) – „były moje”, a przydatny wszędzie angielski – Marcina. Nie mieliśmy żadnych problemów z porozumiewaniem się z miejscowymi mieszkańcami, podczas trwania całej wyprawy. Jutro trzeba by wstać wcześniej i wyskoczyć do portu po bilety co by nam kto przypadkiem nie wykupił. Prom co prawda odpływa dopiero o 20-tej, ale lepiej mieć „kwity” w kieszeni. Z Robertą dogadaliśmy się, że zostawimy u niej bagaże, a jak wrócimy z biletami to sobie jeszcze pójdziemy na plaże i dopiero po południu spakujemy manele i pożegnamy się. Oczywiście zgodziła się. Skoro tak – to spokojnie marsz do łóżek!!!

dzień 7 - 17.06.2005
Tak jak wczoraj postanowiliśmy, tuż po śniadaniu wskakujemy na motorki i kierujemy się do portu. Kolejki na terminalu nie było. Szybko kupujemy bilety i z powrotem wracamy do Roberty. Zostawiamy sprzęty pod jej willą i podobnie jak poprzedniego dnia, idziemy rozkoszować się urokami sardyńskiej plaży. Woda ciepła, bardzo słona i nieprawdopodobnie czysta. Leżę sobie w niej na plecach i nawet nie muszę rękami ruszać – sama mnie unosi. Jakież to relaksujące i przyjemne. Całe przedpołudnie zeszło na pluskaniu się i spacerowaniu – nie zabieraliśmy już ze sobą aparatów a to dlatego, że przecież już wczoraj porobiliśmy wystarczająco dużo zdjęć z tego miejsca. Obiad spałaszowaliśmy w jednej z restauracyjek znajdujących się w znanej nam już przystani jachtowej. No cóż – pora wracać na kwaterę po motorki i bagaże. Na miejscu spotykamy się z „naszymi” dziewczynami – następuje wymiana adresów, uściski, wzajemne podziękowania i pożegnanie się. Kolejny raz jakieś wzruszenie „ciśnie się” do gardła, ale przecież przed nami jeszcze dziesiątki nowych miejsc, setki ludzi i tysiące kilometrów – hurrrrraaaa!!! Tradycyjne włączenie klaksonów, wrzucona „jedynka”, lewa rączka w górę i do portu!!! Nie było stąd daleko – około 15 km, a więc po kilkunastu minutach stoimy na terminalu, twarzą w twarz z ogromnym promem. Początkowo myślałem, ze to nie „nasz”, ale był „nasz”. Wielki skubaniec co najmniej jak blok w elektrowni.

Naprawdę zrobił na nas wrażenie nie tylko patrząc na niego od dołu, ale przede wszystkim gdy już byliśmy w ładowni, potem w środku w części dla pasażerów, a potem na jego górnym pokładzie. Dłuższą chwilę czekaliśmy na zrzucenie cum, aż wreszcie zadudniło w maszynowni i stało się – płyniemy na Sycylię do Palermo. Trafiły nam się świetne miejsca – tuż przy oknie i przy... BARZE. Bar odpuściliśmy na później, ponieważ w krasnalowym bagażu podręcznym, „przypadkowo” znalazła się zgrzewka piwa – cóż to za miły zbieg okoliczności. Hihihi. A mówiłem, że na tego „chłopca” zawsze można liczyć. Wychodzimy na pokład i podziwiamy – jakże już znajome widoczki. Oddalający się brzeg, krzykliwe mewy nad głowami, pieniąca się toń „pod stopami” i to niesamowite wrażenie braku na horyzoncie tego punktu, do którego się zmierza. Jedno piwko, drugie piwko – zaczynamy się śmiać bez powodu – trzecie piwko, czwarte piwko – rechotamy obaj jak dzieci gilgotane w pięty – piąte piwko, szóste piwko – dalej nie pamiętam. Hehehehe. Żartuję – pamiętam wszystko – któż by zapomniał widoku towarzyszących nam delfinów lub wyskakujących ponad powierzchnię wody mieczników – ech. Teraz mam trochę żalu do siebie, że o piwku się pamiętało, a o zrobieniu zdjęć delfinom – nie. No trudno, ale w końcu tych widoczków i tak nikt nam z pamięci nie wymaże, bo były i pozostaną z nami na zawsze – i to jest piękne! Jedynie tylko tyle Krasnal zdążył cyknąć, ale to jeszcze zanim „znaleźliśmy” zgrzewkę.

Przed nami cała długa noc w podróży i nic już nie pozostało jak tylko położyć się spać. Marcin wybrał sobie na legowisko parapet okna. Cwaniak – zasłonił kotarkę i świecące non-stop światła żarówek wcale mu nie przeszkadzały. Z resztą tak nawiasem mówiąc, to akurat światło to był „pryszcz”. Znacznie gorzej – wręcz tragicznie – było zasnąć z powodu tej rozwydrzonej, sycylijskiej mafii. Boże! Czy im się te „jadaczki” nigdy nie zamykają?! Dosłownie całą noc „chichrali” i wrzeszczeli jak na targowisku w Istambule – co najmniej. Dobrze, że mieliśmy w sobie sporo „usypiacza” to jakoś udało mi się w fotelu, a Marcinowi za kurtyną –  zasnąć. Uffff...



część 1 część 2 część 3






Powrót