Szwajcaria – Port Valais 2014




część 1 część 2


2014-08-24 – międzynarodowy zlot Moto Guzzi World Club

Wracając w ubiegłym roku z Alp, obiecałem sobie, że niedługo tu wrócę i zostawię jeszcze trochę bieżnika opon. Okoliczność ku temu pojawiła się w grudniu, kiedy to logując się w MGWC (Moto Guzzi World Club), zobaczyłem plan imprez na 2014 rok i zlot w szwajcarskim Port Valais w ostatni weekend sierpnia. Wiosną zrobiłem sobie wstępny plan i przedstawiłem go w czasie czerwcowego zlotu. Ostatecznie wyruszyliśmy w pięcioosobowej grupie reprezentacyjnej naszego klubu. Punktem zbornym została Bogatynia, w siedzibie Cyrylowego Rodu. Określenie full wypas nie oddaje nawet ułamka gościnności, z jaką spotkaliśmy się w tym miłującym Gutki miejscu.
Wyruszamy w niedzielę „późnym rankiem”, odprowadzani bocznymi drogami polsko-niemieckiego pogranicza przez motocyklistów z Bogatyni.
Dość szybko wbijamy się w niemieckie autostrady i śmigamy na południe. Przejazd spokojny, kończymy w rejonie Garmisch-Partenkirchen, a dokładnie w Ettal. Nocleg w pensjonacie, lokalne jedzonko, różne degustacje i Jurkowe opowieści, jak to dawniej na Bawarii bywało – umilają nam czas.
Pobudka była jedną z dziwniejszych jakie przeżyłem. Obudziły mnie dzwony! Po chwili stwierdziłem, że to jednak dzwonki, ale jakieś takie dziwne. Okazało się, że za oknem w odległości 20 metrów, pasło się stado owiec, coś około 20 sztuk. I każda miała na szyi co? Bawarski dzwonek!
Szybkie śniadanko, zwiedzanie Opactwa Benedyktynów i wyjazd. Zaczyna się właściwa droga.
Jedziemy przez Fernpass. Spotykamy tam „guzzistę” jadącego w przeciwną stronę! Krótka rozmowa i już się znamy. Jurgen, Niemiec, który mieszka w Szwecji, też wybrał się tydzień wcześniej na zlot do Port Valais.
Dalej pomykamy przez Pitztal i Reschenpass. Do Passo Dello Stelvio wjeżdżamy od strony Szwajcarii.
Niestety Włochy witają nas mgłą na przełęczach i gęstą mżawką w dolinach. Na Stelvio miła dziewczyna ze sklepiku powiedziała, że tak mało słonecznego lata jak w tym roku, to już dawno nie było.
Krótki postój na góralską kiełbaskę z kapustą w bułce, fotka we mgle i dalej w dół do Bormio i przez Passo di Foscagano do Livignio na nocleg. Po drodze oczywiście było bezcłowe tankowanie baku i bagażników.
Nazajutrz pozornie się wypogodziło, ale jadąc dalej dogoniliśmy mgłę na Forcola di Livigno. Wjeżdżając znowu do Szwajcarii musimy spowiadać się celnikom z bezcłowych zakupów. Wierzą na słowo, bo są świadomi ograniczonych możliwości transportowych motocykli ze sprzętem turystycznym.
Dalej Berninapass i Malojapass, po czym wjeżdżamy do urzekającej Chiavenny. Położona jest w dolinie, z wodospadem przepływającym w poprzek miasta. Na Splugenpass spotykamy tylko jeden motocykl i jest to ku naszemu zdziwieniu MG Norge z Francji.
Po krótkiej wymianie zdań żegnamy się i trzeci raz wjeżdżamy do Szwajcarii. Podejmujemy heroiczną decyzję –  jedziemy bez winiet, tzn. bez autostrad. Passo Del San Bernardino na pewno miało wspaniałe widoki, jednak we mgle mało były widoczne.
Pocieszające było to, że nasz włoski łącznik w osobie Cyryla wymieniał na bieżąco sms-y z włoskimi przyjaciółmi i na koniec dnia mieliśmy ich spotkać.
Do campingu w okolicach Lago Maggiore dojeżdżamy po mega objeździe, zafundowanym przez gapiostwo mojej osoby i „super” wskazania GPS. Na szczęście koledzy byli wyrozumiali. Włoscy przyjaciele już czekają. Starzy, dobrzy znajomi Romolo i Stefano tak nas dobrze zaanonsowali na polu namiotowym, że formalności załatwiliśmy w okamgnieniu i zdążyliśmy przed zamknięciem baru przyjąć coś chłodnego. Nazajutrz nareszcie piękna pogoda, ciepło, suche namioty i dobra widoczność po drodze.
Przez Simplonpass kolejny raz meldujemy się po szwajcarskiej stronie. Dojeżdżamy do Martigny i dalej do Grosser St. Bernhard Pass. Tam postój i zwiedzanie położonego wysoko klasztoru.
Jurek spotyka kolegę po fachu i ucinają sobie tajną pogawędkę w jakimś obcym języku.
Zjeżdżamy do doliny Aosty i kierujemy się na zachód, z niesamowitym widokiem na Mont Blanc po francuskiej stronie. Dalej skręcamy na południe i zaliczamy jeszcze Colle Del Piccolo San Bernardo, żeby ostatecznie wylądować we Francji.
Tego dnia zrobiliśmy 340 km i zanim dojechaliśmy do pensjonatu w słynnym zimowym ośrodku narciarskim, zrobiło się późno, ciemno i głodno. Na szczęście pokoje „bookingowane” czekają, a Jasiek stanął na wysokości zadania, naruszając żelazne zapasy z Polski.
 
część 1 część 2




Powrót