Lody w Helsinkach czyli Finlandia 2003




część 1 część 2 część 3



Dzień pierwszy - 12.07.2003


W końcu wyjazd, nadeszła ta długo oczekiwana chwila. Pogoda piękna, aż chce się już być w trasie. Godzina 930, na blacie 8925km i juuuuuuuż jedziemy, na początek tylko ja i Leszek. Szybki przejazd przez Czechy, parę kilosów po Polsce i Lubomierz - pierwszy przystanek, miejsce spotkania całej „Grupy Armii Północ”.


Są już wszyscy, ‘Krasnal’ jest ostatni (stanie się to już regułą wyjazdu). Krótka przerwa na fajkę, pierwsze grupowe zdjęcia i dalej, przestrzeń woła nas. Trasa do Wrocławia mija szybko, pogoda dopisuje, wszyscy wypoczęci, motorki błyszczą się i gnają pięknie. Wrocek - szybkie późne śniadanko na Bielanach i dalej na Opole.
Autostrada gładziutka, grupa nieźle odkręciła, widzę tylko małe czarne punkciki na horyzoncie. Minęliśmy Opole,  z A-4 zjechaliśmy dopiero pod Strzelcami Opolskimi, kolejne tankowanie i dalej już węższą drogą (teraz już we właściwym kierunku - azymut północ). Zaraz za którąś z kolei wioską stacja (po lewej stronie drogi, co okaże się bardzo znaczące), mamy się na niej zatrzymać i ........ okazało się, że było by to miejsce mojego wiecznego spoczynku. Jakiś totalny debil w Kadecie wyprzedza całą naszą grupę, mimo dużo wcześniej włączonych naszych lewych kierunków przemyka obok nas. Gdyby nie to, że przede mną jechał Mariusz, który zobaczył tego gościa w lusterku i zatrzymał się (ja zatrzymałem się za nim) - skręciłbym a koleś zabrałby mnie swoim autem i rozsmarował na masce. DEBIL i BEZMÓZG. Pierwszy dzień i sytuacja taka, że się odechciewa jazdy. Okazało się jednak po całej wyprawie, że była to jedna z dwóch groźnych sytuacji całej podróży. Po paru głębszych (oddechach oczywiście) i uspokojeniu nerwów ruszamy dalej, przez Częstochowę dojeżdżamy do Bobrów - tam mamy pierwszy nocleg. Wieczorem mały grillik i spanko, co prawda na materacu (niektórzy w łóżkach - farciarze), ale pod dachem. W sumie pierwszego dnia zrobiliśmy 450km.



Dzień drugi - 13.07.2003

Rano jeszcze luksusy, łazienka, kafelki, domowe śniadanko, herbatka w szklankach, po prostu cudnie. Nikt nie wie, co i jak będzie dalej. Pogoda jakby coś nie bardzo, chmury przesłaniają niebo. Po dyskusjach jak i którędy wiadomo - trasa przebiega przez Warszawę. Podczas tankowania przed Wawką dopada nas deszcz (pierwszy), przeczekujemy w jakiejś wiacie obok stacji i po kilkuminutowym oczekiwaniu, co by auta rozjeździły wodę z drogi, jedziemy dalej.

Do Wawy już blisko, aut coraz więcej, zaczynają się korki. Do połowy "stolycy" idzie nam pięknie, niestety przy wyjeździe dopada nas oberwanie chmury. W ułamku sekundy zalewa nas ściana wody, wszystko mokre, wodę czuję nawet w butach, na drodze masakra, strumienie takie jak potoki górskie, do tego makabryczne koleiny, jedziemy 20-30km/h. Jest stacja, zatrzymujemy się i przeczekujemy nieznośnego opada. Po przeschnięciu drogi na motorki i dalej w drogę. Wyjeżdżamy na drogę Warszawa-Białystok, jakieś paręnaście kilosów za stolycą zatrzymujemy się na obiad w przydrożnym zajeździe. Posiłek i znów w trasę, droga szeroka, ruch średni (auta nawet zjeżdżają na prawo widząc w lusterku motorki), pogoda piękna, więc trasa mija naprawdę przyjemnie. Pod wieczór dojeżdżamy do Dąbrowy Białostockiej na nocleg numer dwa.

Na kolację dania kuchni białoruskiej z grilla (ach te pieczone ziemniaczki z boczusiem, pycha), niestety na indyka już się nie załapałem (pierwszy pech tego wieczora), jedno z piw przywiezionych przeze mnie ze stacji pęka brudząc mi błotnik i sakwę (drugi pech).Spanko mamy w domu, grupa się powoli układa, zajmuje łóżka i .............. w tym momencie trzeci pech - łóżko dwuosobowe, śpię z grupowym „Chrapaczem” Armii. No cóż, jak pech to pech, ECH.


Dzień trzeci - 14.07.2003

Rano wszyscy wstają w radosnych humorkach, przecież dzisiaj zaczynamy zagraniczną część wyprawy. Pogoda jakby też wiedziała, słońce praży jak oszalałe, małe śniadanko, szybkie mycie sprzętów, zwiedzamy jakiś kościółek i ku granicy.
Mijamy Augustów z jego kanałem, jeszcze tylko Sejny, ostatnie tankowanie w Polsce i w ostatnim zajeździe przed granicą zatrzymujemy się na posiłek. W karcie jakieś dziwne nazwy, chwila namysłu i po krótkim zachwalaniu przez obsługę bierzemy soczewiaki (takie duże pierogi z nadzieniem z soczewicy) - danie kuchni regionalnej. Ludzie, jakie to dobre było, w życiu bym tego nie zamówił i straciłbym takie doznania smakowe. Chwilę po spałaszowaniu tych wiktuałów w zajeździe zjawia się gość, u którego można wykupić ubezpieczenie drogowe potrzebne na Litwie. No cóż, kolejny wydatek - na szczęście tylko koło 40 złotych na dwa tygodnie. Z zajazdu tylko parę kilometrów i granica, a więc wymiana waluty (pierwsza) i ta niepewność ile wymienić, jakie tam są ceny? Okazuje się, że litewski LIT kosztuje około 1,30 a więc jest droższy niż złotówka (zaskoczenie, ale i tak małe, jak się później okazało). Na granicy kolejka (już nie zaskoczenie), ale w miarę idzie. Na motorki ludzi patrzą przychylnie i po krótkiej przepytywance przez litewskie służby wjeżdżamy na Litwę. Jakieś 2km za granicą „Virażce” stuknęło na budziku 10tys km (już nie zero z przodu), obieramy kierunek na Wilno i w promieniach słońca gnamy przed siebie. Niestety, jak się szybko okazuje drogi na Litwie to porażka - wąski pas asfaltu (chociaż równy, bez fałd), ale pobocza to żwir, piasek i pył. TRAGEDIA. Dopóki jedziemy sami jest OK., ale wystarczy, że coś jedzie z przeciwka i robi się nieciekawie, zjeżdżając na pobocze wzbijają chmury pyłu (mimo kasków i chust nawet w ustach czuć) i rzucają to cholerstwo z pobocza pod koła Jeszcze jak to jest osobowy to mały pikuś, prawdziwą korridę mamy przy ciężarówkach, wyprzedzić taką to przeżycie nie lada - w krytycznym momencie, kiedy trzeba widzieć drogę przed zawalidrogą czujemy się jak żołnierze w czasie burzy piaskowej w Kuwejcie. Im bliżej Wilna tym więcej nieciekawych chmurek na niebie. Parę kilometrów przed Wilnem krótki postój na wiosce w celu zaopatrzenia się w jakieś żarcie. Od razu stajemy się atrakcją sezonu, chmara dzieciaków powiększa się bardzo szybko, wszyscy mówią po polsku, choć ze wschodnim akcentem. Przy odpalaniu Maraudera (ach te puste wydechy) dzieciak stojący najbliżej aż podskakuje z wrażenia. Dojeżdżamy do Wilna i .........parę kilometrów przed stolicą (już widać zabudowania) łapie nas porządna ulewa. Ja wdziewam na się kondonik i postanawiamy szukać noclegu. Niestety, okazuje się, że jedynym rozsądnym wyjściem jest zrobić paręnaście kilosów do Troków i tam przenocować. No cóż, jak trza to trza. W Trokach znajdujemy prywatną kwaterę i po małych targach cenowych (coś mi się jarzy jakieś 25 litów/osobę, ale pewien nie jestem) mamy zapewniony nocleg pod suchym dachem, a motorki przytulny garaż. Jako, że już jest po deszczu, po przebraniu w suche rzeczy (mi z racji kondona przemokły tylko buty) postanawiamy pójść zobaczyć główną atrakcję - zamek na wyspie. Z napotkanego planu miasta szybko okazało się, że droga do zamku wiedzie przez całe miasto, niestety zatrzymaliśmy się nie z tej strony Troków. Zrezygnowani siadamy w pobliskiej knajpce i zamawiamy po piwku (a nawet dwóch). Wracając na kwaterę zauważyliśmy dużych rozmiarów tablicę - reklamę restauracji (która znajduje się przy zamku) a widnieje na niej stolik ze świeczką, dwoma krzesłami a w oddali podświetlony zamek, który jakby stał na wodzie. Widok po prostu tak cudny, że pomimo zmęczenia chcemy iść (noooo może pojechać taksówką), zobaczyć ten widok (zamek oczywiście a nie stolik) wieczorem, choć rano i tak mieliśmy go zwiedzić. Niestety, o tej porze (godzina po 22 według naszego czasu, bo tutaj jest po 23) miasto wyludnione, nie uświadczysz ani jednej taksi, otóż o tej porze już nic nie jeździ - tak nam powiedzieli milicjanci z radiowozu stojącego nieopodal. Cóż, co kraj to obyczaj. Zrezygnowani stoimy na postoju i wtedy jeden z policjantów nas woła i mówi, że człowiek który podjechał Audi chwilę wcześniej obok nich, zawiezie nas na zamek. Spoko. Załadowaliśmy się w sześciu + kierowca (przy milicjantach!!!) i pojechaliśmy. Autem było to rachu-ciachu i byliśmy na miejscu. Na pytanie, czy będzie jakaś możliwość powrotu autem na nocleg (chcieliśmy się umówić na „za dwie godziny”) kierowca powiedział, że będzie na nas czekał. No to „w pieriod” - na zamek. Widok z brzegu rzeczywiście piękny, cała budowla podświetlona dookoła od dołu. Ale wcześniej oczywiście po małym piwku w pobliskiej restauracji i dopiero hajda podziwiać budowlę.
Wejście na zamek prowadzi przez dwa podświetlane pomosty, zamek wygląda wspaniale, choć w nocy nie za dużo można pooglądać. Podczas powrotu na brzeg zauważamy ciekawe zjawisko - pod wodą coś się przemieszcza świecąc tajemniczo zielonkawym światłem. Ktoś z nas rzuca hasło: „Pewnie jakiś miejscowy nurkuje, żeby powyciągać monety wrzucone przez turystów od wody”, inny z pomostu rzuca do wody lita (lub dwa) na pamiątkę i oczywiście dla ‘miejscowego’. Wracając mamy ochotę na małe piwko ale okazuje się, że wszystkie poza jedną knajpką są już zamknięte. Tak więc nogi prowadzą nas w to jedyne oświetlone miejsce i trafiamy na parę osób, których jachty zacumowane są koło zamku. Duszą towarzystwa okazuje się starszy gość, nie pamiętam jak miał na imię, ale ksywkę ma „DUM-DUM-DUM”, jako że gdy brak wiatru na jeziorze to odpala w łódce silnik i w ten sposób sunie po wodzie. Jest to jedyny gość w Trokach który ma silnik w jachcie, bo jak się okazuje taki napęd jest tutaj zabroniony. W czasie gdy gościu pokazuje nam różne sztuczki ze znikającymi monetami do knajpki przychodzi para, która przed paroma minutami łowiła ryby pod wodą (to ich światła widzieliśmy z pomostu). Czas płynie przyjemnie, ale robi się coraz później - czas wracać na spanie. Oczywiście wszyscy przekonani, że facet od Audi już sobie pojechał idziemy powoli w swoją stronę. Nagle mała przecierka oczu - auto stoi i czeka. Podchodzimy, kierowca smacznie śpi w środku! Krótkie pukanie w szybę, pobudka gościa i jedziemy. Po drodze widzę, że kolo ma przy pasie pistolet. Oooożżżesssszzz kurna policjant, a robi jako taksówka - ciekawy kraj. No nic, dojeżdżamy szczęśliwie i lulu do łóżek.



Dzień czwarty - 15.07.2003

Rano pobudka (choć pospałoby się jeszcze), śniadanie i wyciągamy sprzęty z garażu. Małe czyszczenie choć pogoda na razie nie bardzo, ciepło, chmury wiszą dość nisko ale nie pada. Żegnamy się z gospodarzami i jedziemy jeszcze raz na zamek obejrzeć go przy świetle dziennym. Podjeżdżamy blisko brzegu, zostawiamy motorki przed knajpką w której wczoraj siedzieliśmy i po pomostach znowu idziemy na zamek.
Po powrocie krótki przegląd straganów, gdzie można kupić pamiątki i różne inne cuda, szybka kawa w knajpce i start na Wilno. Dojeżdżając do Wilna zaczynamy się powoli gotować w skórach, słońce wyszło i zrobiło się strasznie ciepło, a w dodatku po wczorajszym deszczu jest bardzo parno. Dojazd do Ostrej Bramy zajmuje nam gdzieś koło godziny. Tam przy straganie handlującego Polaka, zostawiamy motory i kaski, które zgodził się popilnować. Przechodzimy pod Ostrą Bramą, schodzimy kawałek ulicą w dół i zatrzymujemy się na obiad w Kebab House (i któż by przypuszczał, że w tym właśnie miejscu zrodzi się pomysł kolejnej wyprawy). Po smacznym posiłku postanawiamy zrobić sobie zdjęcie z motorami przed Ostrą Bramą. Wracamy na parking i z wyłączonymi silnikami zjeżdżamy niżej ustawiając się do zdjęcia. Przechodzącym obok ludziom bardzo się to podoba, tylko jakaś jedna babcia strasznie się zbulwersowała i mamrotała coś o tym, że Bóg się obrazi czy coś takiego.



Po zrobieniu fotki postanawiamy jechać nad morze do Palangi, to najbardziej znana nadmorska miejscowość wypoczynkowa Litwy. Niestety, wyjazd z Wilna to prawdziwy koszmar, choć wzbudzamy we wszystkich przechodniach (a szczególnie ‘przechodziankach’ hehe) prawdziwą sensację - tylu motorów naraz chyba nigdy nikt tu nie widział. W centrum są znaki, ale im bliżej autostrady tym gorzej. Mimo tego, że w Wilnie mieszka mnóstwo Polaków, to pytając o drogę trafiamy na samych Litwinów. W pewnym momencie wjeżdżamy w ślepą ulicę, zawracamy i pytamy stojących taksówkarzy o wyjazd na autostradę, niestety Sławek i Tadziu pojechali do przodu i straciliśmy ich z oczu. Okazuje się, że stoimy przy uliczce która 200m dalej wpada na naszą ‘wylotówkę’ z Wilna. Postanawiamy pojechać i poczekać na nich już na samym wylocie na autostradę, przy znaku „Vilnus”. Po półgodzinie razem tniemy w stronę Bałtyku, do Palangi mamy jakieś 300km.Po przejechaniu stu paru kilometrów (asfalt piękny, równiutki) zaczynamy rozglądać się za stacją benzynową i okazuje się, że jest z tym mały problem. Stacje są, ale znaki wskazują że znajdują się one w wioskach oddalonych od drogi o parę kilometrów, więc nikomu z nas się nie chce tyle zbaczać z trasy. Przyzwyczajeni, że stacje przecież są przy autostradach jedziemy dalej szczęśliwi (słońce, ciepło, nie pada). W pewnym momencie większość włącza rezerwę i zaczyna się robić coraz bardziej nerwowo. Postanawiamy przy pierwszym napotkanym znaku oznaczającym stację pojechać jednak do wioski. Nagle widzimy stację, przy autostradzie, spoko mamy paliwo. Zajeżdżamy i ........... kicha, na stacji nie ma benzyny. Co za kraj - pierwsza stacja od parunastu kilometrów i nie ma wachy. Po przejechaniu jeszcze paru kilometrów - znak ‘stacja’ i napis 2km. No trudno, jak mus to mus. Zjeżdżamy i po prawie polnych drogach dojeżdżamy na miejsce. Stacja wygląda jak stary rozpadający się budyneczek na zapomnianej polskiej wsi. My pod dystrybutor a koleś w okienku coś zaczyna do nas nawijać. Podchodzimy do niego i dopiero wtedy złapaliśmy o co mu chodzi: „Benzin niet”, na pytanie chociaż o jakiś litr lub dwa: „Litr niet”. Ogarnia nas wkur***. Na tych oparach w bakach daleko nie zajedziemy, ale cóż możemy zrobić, z powrotem na autostradę i na zachód ku morzu. Jednak mamy farta, po jakichś 10km znak stacja (oczywiście 2km od drogi) i ...... hurrraaaaa jest benzyna. Tankujemy a gęby nam się cieszą jak nigdy.

Po chwili do stacji podjeżdża jakiś osobowy ciągnąc VW Transportera. Teraz poznajemy, to goście którzy stali przy tej stacji przy autostradzie - im też skończyła się ropa a jakiś dobry człowiek ich podholował do ‘źródełka’. Tak więc dzisiaj mamy nauczkę - nawet jak masz pół baku (albo i więcej) i widzisz stację to decyzja jest jedna - trza lać i nie grymasić. Do Palangi zostało nam około 150km, robimy to z krótkimi przystankami w 2 godziny omijając Kłajpedę. Parę kilometrów przed Palangą na poboczu stoją ludzie z jakimiś transparentami ale z napisów nic nie rozumiemy, dopiero później zajarzymy, że to ludzie którzy oferują prywatne kwatery. W centrum tłum ludzi przewala się chodnikami, my szukamy kempingu. Okazuje się, że jest on za miastem jakieś 4km, teren ogrodzony takim łańcuszkiem na palikach jakie u nas są przed szkołami, totalna żenada. Wracamy do centrum z zamiarem znalezienia kwatery. Przejeżdżając przez osiedle willowe spostrzegamy fajny kawałek trawnika z miejscem na ognisko. Stop, nawrót, idziemy się pytać. Babka po namowach że będziemy spokojni już prawie się zgadza, ale ‘śpiewa’ taką cenę, że kwatera jest tańsza. Rezygnujemy. Postanawiamy jechać do tych ‘naganiaczy kwater’. Podjeżdżamy do pierwszych napotkanych babek (tak na oko koło 70 latek). Proponuje nam do obejrzenia 2, 3 miejsca za rozsądną cenę. Ale jak mamy dojechać? No nic, babka pakuje się na Maraudera Leszka. Ale widok, babka siedzi, minę ma nie tęgą, a Lechu jak troszkę podgazuje to babci mało serce nie wyskoczy. W sumie przejechaliśmy jakieś ......... 300 metrów - i już domek. Weszliśmy, oglądnęliśmy, mały targ co do ceny i już - mamy nocleg. A motorki wprowadzone do ogródka aż uśmiechają się lampami do nas - tak zadowolone, że nie stoją na tym obskurnym kempingu. Noooo..... jest pięknie, jeszcze tylko mała wieczorna kąpiel oczyszczająco-regenerująca i wieczorkiem na deptak, coś zjeść, dziabnąć borwarka i przywitać się z Bałtykiem. Po powrocie znad morza siedliśmy przy stoliku w knajpie gdzie wewnątrz była jeszcze dodatkowo płatna dyskoteka. Tam wyszło z nas zmęczenie (po paru piwach hehehe) i część Armii poszła spać, część na dyskotekę, a ja jeszcze raz na molo posłuchać szumu fal. Wróciłem chyba koło trzeciej (ale jest to niepotwierdzona wiadomość). Koniec dnia czwartego.



Dzień piąty - 16.07.2003

Pobudka prawie w południe, w końcu należy nam się jeden dzień wypoczynku. Na śniadanie jakiś gorący ‘chińczyk’ z torebki i wyruszamy na plażę. Deptakiem ku morzu ciągnie masa ludzi, wszyscy w krótkich rękawkach i spodenkach albo w strojach kąpielowych, my coś nie pasujemy - długie spodnie i buty cokolwiek nie letnie - cóż przygotowani byliśmy na chłodną północ a nie wylegiwanie się na plaży. Na piasku wyleguje się mnóstwo ludzi, prażą swoje ciała - nam wystarczyło trzy minuty i już było nam za gorąco - siadamy pod parasolem i chłodzimy się zimnym piwkiem.


Kobieta obok słysząc polską mowę zagaduje nas, okazuje się że jest z Warszawy. Dowiadujemy się, że Palanga jest dość popularnym miejscem wypoczynku dla ludzi z centralnej i północnej Polski, z roku na rok przyjeżdża tu coraz więcej ludzi - nic dziwnego przy cenach jakie są u nas nad morzem tu jest po prostu taniej. Po około 2, 3 godzinach wracamy na kwaterę - troszkę wylegiwania się i spania. Aby poprawić sobie samopoczucie postanawiamy pokręcić się po mieście motorkami. Po jakimś półgodzinnym czyszczeniu sprzętów, przychodzi letnia burza i zmienia nasze plany, pioruny często biją a deszcz ostro nawala - musimy zostać pod dachem. Nic nie szkodzi, omawiamy sobie dalszy plan podróży. Po dłuższym debatowaniu i próbach pogodzenia chęci wszystkich grupa niestety dzieli się na dwie: ja, Leszek i Tadziu z Piotrkiem jedziemy dalej na północ - kierunek Tallin; Sławek z Mariuszem postanawiają wrócić na Mazury i tam poczekać na nasz powrót. Mimo podziału wszyscy są w miarę zadowoleni, a co by poprawić humorki wyruszamy wczesnym wieczorkiem na deptak zjeść coś dobrego. Wybór pada na knajpkę w stylu marynarskim ze sceną i  występującą na niej jakąś babką. Zamawiamy zeppeliny - trzeba przecież spróbować kuchni regionalnej.

Wiemy tylko, że są to kluski z nadzieniem mięsnym, ale okazuje się to jakieś takie mdłe w smaku, trzeba by jeszcze to dobrze doprawić, no ale cóż ważne że było zjadliwe. Na koniec okazało się, że występująca ‘diva’ była doliczona do rachunku - nic darmo. Po tym jeszcze troszkę pokręciliśmy się po deptaku, szybka gra w automaty no i skończyła się środa. Trzeba się wyspać, jutro przed nami długa droga.


Dzień szósty - 17.07.2003

Od rana pogoda super, cieplutko, żadnych chmurek, tylko jechać. Małe śniadanko, pakowanie bagaży i cóż ................... pożegnanie Sławka z Mariuszem i w drogę. Troszkę smutno nam się zrobiło, ale postanowiliśmy dojechać do Tallina, więc zapinamy. Nie ujechaliśmy dwóch kilometrów, dogania mnie Mariusz i coś krzyczy. Przez pęd wiatru nic nie mogę zrozumieć - pewnie czegoś zapomnieli zabrać, zaraz zabiorą i będzie OK. Po chwili dogania mnie Sławek i wszystko staje się jasne. Całą grupą jedziemy dalej! Po około 30km granica litewsko-łotewska. Odprawa poszła szybko więc do kantoru. I tu robimy ładnego ‘karpia’, ichnia waluta jest droższa od funta brytyjskiego, na nasze wychodzi jakieś 1łat=6,80zł. Chyba nie ma droższej waluty w Europie. Jedziemy dalej i w pierwszej większej miejscowości zatrzymujemy się na stacji, z racji drogiej waluty ceny za benzynę w ichnich groszach, po szybkim przeliczeniu wychodzi coś około 2,80zł/litr - już zaczyna nam się podobać. Po chwili na stację podjeżdżają autem dwie Holenderki (na oko powyżej 50), Sławek zaczyna z nimi rozmawiać po niemiecku, polecają nam nadmorską miejscowość (nazwy niestety nie pamiętam) słynącą z najlepszych kempingów w całej Łotwie. Nie wiemy czy będziemy mieli tyle czasu, aby tam pojechać ale bardzo dziękujemy, krótkie „Gruss” i dalej na północ. Czas szybko mija, ruch niewielki, asfalt dobry, miejscami tylko złapie się parę fałdek. Dojeżdżając do jakiejś małej miejscowości wyprzedzamy gościa na skuterku, który po chwili wyprzedza całą naszą grupę i macha nam ręką byśmy za nim jechali. Za cholerę nic nie rozumiemy, Sławek przede mną odwraca się i wzrusza ramionami „Co robić”. Też nie wiem, ale macham mu „Jedź za gościem”. Gość skręca z naszej trasy, prowadzi nas przez całą miejscowość i po chwili ........... kończy się asfalt, zaczyna szuter. My gały coraz większe, ale gość macha „Dalej za mną”, więc powolutku kontynuujemy jazdę. Po jakichś 300m skuterek skręca w las - tu już kompletnie zbaranieliśmy, ale ładujemy się za nim. Jeszcze jakieś 100m i jesteśmy ............. nad jeziorkiem. Stajemy, gość ze skuterka zdejmuje kask, podchodzi do nas i zaczyna nawijkę, że: jak zobaczył skąd jesteśmy to zaraz postanowił nas zaprowadzić w to miejsce; jego babka była pochodziła z Polski; proponuje nam kąpiel w jeziorku, żebyśmy odpoczęli i tym podobne. Niestety przed nami daleka droga i nie mamy czasu by skorzystać z propozycji,  bardzo mu dziękujemy i ruszamy w dalszą drogę. Po kilkudziesięciu kilometrach włączam rezerwę i zaczynam wypatrywać stacji. Akcja podobna jak na Litwie - żadnych znaków, nic nie wskazuje na to by napoić moją Virażkę. Robi się nieciekawie gdy w końcu JEST, JEST stacja. Tankowanie i lecą następny kilometry. Gdzieś koło 13 zatrzymujemy się przy przydrożnym barze - motorki napojone więc i nam się coś należy. Jemy mały ale pyszny pseudo-obiadek i przy płaceniu czujemy się pięknie - jeden łat i jakieś grosze (byleby nie pamiętać ile za łata się zapłaciło). Parę kilometrów przed Rygą stajemy na stacji, podczas tankowania podjeżdża do nas taksówka, w środku trzy skąpo ubrane panienki (prowadzi jedna z nich) i zaczynają coś do nas gaworzyć. Po krótkiej pogawędce (czy nam nie gorąco w tych skórach itp.) dostajemy wizytówkę: „Taxi Krystyna” z numerem na komórkę oraz gorące słowne zaproszenie żebyśmy zadzwonili. Ładne kwiatki hehehe. Omijamy Rygę i wjeżdżamy na autostradę prowadzącą do Estonii. Po parunastu kilometrach trafiamy na roboty drogowe i objazd prowadzący inną autostradą. Niestety mijamy ‘nasz’ objazd (nie bardzo rozumiemy tutejsze znaki) i robimy jakieś 20km nie w tym kierunku co zakładaliśmy. Trudno, na parkingu krótki rzut oka na mapę i znajdujemy drogę dojazdową do ‘naszej’ drogi na północ - nadkładamy w sumie jakieś 50 km. W końcu wpadamy na dobrą drogę, prowadzi ona wzdłuż wybrzeża. Jak tylko zobaczyliśmy Bałtyk pierwszy parking był nasz, szybkie zrzucanie ciuchów i do wody..................


taaaaaaak tego potrzebowaliśmy, pluskamy się z dobre pół godziny i czujemy jak wracają nam siły do dalszej jazdy. Po takim relaksie droga mija szybciej i nawet nie wiemy kiedy docieramy do granicy łotewsko-estońskiej. Niestety ubywa nam troszkę dobrego humor - kolejka. Stoimy jakieś pół godziny (a moglibyśmy jechać przez te pół godziny, cholera), w końcu odprawa ale jakaś huknięta pracownica estońskich służb granicznych coś zaczyna marudzić przy Sławka paszporcie. Okazuje się, że babsko nie może znaleźć miejsca na wbicie pieczątki - menda jedna. Po paru minutach jest jednak OK, jeszcze tylko wymiana w kantorze (korona jest po jakieś 0,28-0,29zł) i jazda - kierunek Tallin. Droga wiedzie przez lasy, asfalt gładziutki a na dodatek prosto jak strzelił, kilometry szybko lecą, ale aż nudno się robi, żadnych winkli, nawet najmniejszych (ale narzekam hehehe). Do Tallina dojeżdżamy koło 22 i w końcu trzeba pomyśleć o jakimś noclegu. Postanawiamy znaleźć coś przy morzu parę kilometrów od Tallina. Pytamy jakiegoś kierowcę na parkingu o dojazd do interesującej nas miejscowości, ale jak zaczął nam tłumaczyć to zrozumieliśmy tylko tyle, że na najbliższym skrzyżowaniu mamy skręcić w lewo a potem ni w ząb. OK, jedziemy i po paruset metrach jadąc za autobusem na lewym zakręcie wjeżdżamy na odcinek gdzie drogowcy (to cholerne znienawidzone plemię) rozsypali jakiś grys. Wzbite przez autobus tumany ograniczają widoczność do około 8-10m, pył wdziera się do ust i oczu, ale to wszystko nic - przednie koło poczuło chęć zapoznania się z poboczem. O kuchwa, szlag by trafił, tak daleko dojechaliśmy a tu  przód mi ucieka i zaraz zaliczę piękną glebę. Nie wiem jak z tego wyszedłem, pamiętam że rozstawiłem szeroko nogi i poszorowałem troszkę podeszwami po tym grysie, trwało to ułamek sekundy, może nawet jedną lub dwie. Jak tylko ustabilizowałem pozycję spojrzałem w lusterko, nawet nie miałem jak dać znać jadącym z tyłu o tym gównie. Patrzyłem na światła i praktycznie czekałem aż ktoś glebnie (oj ja wredny jestem, ale nie było czasu pomyśleć „ojj żeby tylko ktoś nie zaliczył gleby” po prostu za długi teskt, wyszło z tego „kuchwa będzie gleba”). Całe szczęście nikomu nic się nie stało, zatrzymujemy się na stacji i lecą same K***wy i Ch***je na tych pier***ych drogowców. Od ludzi na stacji próbujemy dowiedzieć się jak najkrótszą drogą dojechać nad Bałtyk. Okazuje się, że na obrzeżach Tallina jest kemping ale żeby tam dojechać musimy wrócić przez ten grys (może z jakąś domieszką cementu bo drapie w gardło jak cholera) potem w prawo i po znakach. Zaczyna się powolutku robić ciemno (dopiero!) a jest koło 23, robimy zakupy kolacyjne w jakimś sklepie na osiedlu, jak wychodzimy ze sklepu podchodzą do nas ludzie i proponują jakiś nocleg tu niedaleko, zabawna sytuacja, dialog w stylu „A gdie u was żeńszciny? Niet? No wot niedalieko kwartiry takij dom i żeńszciny toże budut”. Grzecznie dziękujemy, ale gość jest troszkę nachalny, w końcu odjeżdżamy. Kemping znajdujemy po półgodzinnym kręceniu. Wychodzi do nas starszy gość (chyba stróż), pytamy się go o cenę za dobę to zaprasza do portierni, tam miła pani informuje nas że namioty po tyle, domki 2- i 4-osobowe po tyle i tyle (jak bierzemy domki to motory gratis). Jak policzyliśmy to rozbicie namiotów i opłata za motocykle wyniosłaby nas więcej niż dwa domki 4-osobowe płacone jednak za 3 osoby - więc decyzja jest prosta i po chwili mamy do dyspozycji przytulne łóżka wraz z pościelą. Mimo tego, że jest północ na dworze jest w miarę jasno - po chwili dociera do nas że przecież teraz za kołem podbiegunowym są białe noce, choć do koła mamy daleko to jednak niebo wygląda pięknie. Wyciągamy z sakw po piwku, należy się nam, zrobiliśmy przecież dzisiaj ponad 700km (najdłuższa trasa jednego dnia z całej wyprawy) i rozkładamy na trawie mapę Estonii.


Pytamy przechodzącego stróża o to gdzie na mapie znajduje się ten kemping na którym jesteśmy, ale gość jest nieźle zakręcony. Patrzył na mapę dobre 10 minut i pokazywał nam różne miejsca ale żadne nie było tym o które nam chodziło. Podziękowaliśmy mu, dopiliśmy browarka i lulu do łóżek.




część 1 część 2 część 3




Powrót