Pierwszomajowa przejażdżka





2007-05-01

Pewnego kwietniowego popołudnia zadzwonił do mnie Tadziu i zapytał o to, czy mam już jakieś plany na spędzenie pierwszomajowego święta. A cóż ja-emeryt mogę ekstra planować na ten wolny dzień? W końcu od dwudziestupięciu lat codziennie mam święto. Nie Tadziu – nic nie planowałem, a co? Trzeba coś Ci pomóc w warsztacie? Nieeee, nie o to chodzi. – Pytam, bo mam taki pomysł i prośbę abyś przeglądnął jak sprawuje się AVO i chciałbym Cię zaprosić na 3 – 4 godzinną przejażdżkę po okolicy wspólnie ze znajomymi. Moglibyśmy na przykład zrobić małą rundkę i pojechać „spacerkiem” do Niemiec, a potem przez Czechy wrócić do domu. Pogoda ma być ładna, a więc??? Hmmm... Odczekałem kilka chwil zanim dałem odpowiedź, ponieważ tak szczerze mówiąc to mnie ta propozycja zaskoczyła, no ale nawet jeśli o AVO byłem raczej spokojny, to nie do końca byłem pewien czy sam podołam... Kiedyż to ja ostatni raz jeździłem na motorze?... To było tak dawno temu... No dobrze Tadziu – bardzo podoba mi się Twój plan i mam nadzieję, że nie będę zawalidrogą. Jeszcze tego samego dnia zjawiłem się u Leszka w garażu i spróbowałem kopnąć „awuszka” – czy odpali. Odpalił za pierwszym razem. Jak się okazało Leszek także już wiedział o Tadzia propozycji i także chętnie chciał wziąć udział w tej „wyprawie”. W takim układzie przez najbliższe dni pozostało mi już tylko przygotować się samemu do tego wyjazdu. W zasadzie kask jest, spodnie skórzane mam, kurtkę też a ciepłe rękawice pożyczy mi Marcin – czyli podstawowy strój motocyklisty jest. W przeddzień wyjazdu zrobiłem spore zakupy w sklepie z wędlinami, owocami i pieczywem, a także ugotowałem kilkanaście jaj na twardo – no przecież po drodze trzeba gdzieś przystanąć i coś zjeść. W końcu nadszedł pierwszy maja 2007. Była dziewiąta rano, gdy przyjechałem na zbiórkę przed garaż na Nadbrzeżnej, w pełnym „umundurowaniu” i – co tu ukrywać –  byłem jednak mocno podekscytowany. AVO już „pyrka” sobie na dworze i pięknie lśni w porannym majowym słonku, a na dodatek udekorowane jest flagami Polski, Niemiec i Czech, a to już zapewne robota Leszka.

Zbiórkę co prawda zaplanowano właśnie tutaj na 10-tą ale jak się wkrótce okazało, większość uczestników wycieczki rozlokowała się na stacji ORLEN w Bogatyni, a więc o mniej-więcej 10.30 zakładam kask i jedziemy na ten CPN aby spotkać się z cała gromadą.
Stoimy tu dosyć długo ponieważ jeszcze i tak nie wszyscy dojechali. Kurcze – moglibyśmy już jechać, bo tak się jakoś trochę denerwuję. Czekamy, czekamy, czekamy... Już blisko dwunasta, a my jeszcze na CPN-ie... O-jo-jo-jo-jo-jojoj... Pojedziemy w końcu czy nie pojedziemy?... Pojedziemy – czy nie pojedziemy?... Pojedziemy – czy nie pojedziemy?... Pojedziemy czy nie pojedziemy?... Wróżę sobie w myślach jak z płatków stokrotki... No wreszcie około dwunastej są już wszyscy! Dobre dwie godziny wyjazd się opóźnił no ale najważniejsze, że już startujemy.
Nawet nie zdążyłem policzyć ilu nas jest łącznie, ale trzeba przyznać, że aż tylu motocyklistów to się nie spodziewałem – fajnie taką gromadą jechać! Bogatynia za nami, Opolno już też, a za moment dojedziemy do Sieniawki i trzeba będzie się na pierwszej granicy wylegitymować dokumentami. Cholera jasna, czy ja zabrałem dowód z domu??? No nie pamiętam do której kieszeni go włożyłem – ech... I oto granica. Wyciągam portfel – jest dowód – ufff. Po kolei przejeżdżamy na drugą stronę ale nagle coś mi tak jakoś dziwnie szybkich obrotów nabrał ten silnik aż w końcu po trzystu metrach – ZGASŁ....
Większość grupy nawet tego faktu nie zauważyła bo byli przede mną i pojechali dalej, ale na szczęście Tadziu z Dorotką i Mariusz, a także Leszek jechali z tyłu, to widzieli co się dzieje i się zatrzymali... Po chwili też zawrócili Piotruś i Marek Piątek. Zaczynam się denerwować, bo przecież niby świeca iskrzy, benzyna jest, przerwa na przerywaczu dobra, no to co się dzieje???!!! A było tak pięknie – ech... Nie pomogło „zamaszyste kopanie”, ani też wielokrotne „branie na pych”, nie pomogła wielokrotna regulacja gaźnika, przerywacza, świecy itd., itd., itd., dlatego też straciłem już nadzieję na dalszą jazdę i gotów byłem pchać SIMSONA z powrotem do Bogatyni. Po ponad półgodzinnym ślęczeniu nad „padniętym sprzętem”, poprosiłem Piotrka aby podjechał do reszty grupy (która jednak czekała na nas jakiś kilometr dalej) i aby przekazał, żeby nie tracili więcej czasu i żeby pojechali tam gdzie zamierzali, bo AVO „zdechło” i nie ma sensu dłużej na mnie czekać. Tak też się stało – Piotruś z Dorotką, Marek i Mariusz odjechali i już po chwili wspólnie z całą gromadą ruszyli dalej w głąb Niemiec. Ja wraz z Leszkiem szykowaliśmy się już do powrotnego „spaceru” do Bogatyni, jednak Tadziu nie dawał za wygraną i w końcu już po blisko godzinnym postoju, wykręcił „podejrzaną” świecę z AVO i wkręcił (po odpowiedniej przeróbce) swoją z YAMAHY.

Jedno kopnięcie i znów silnik furkocze jak należy!!! A niech to licho! A więc  to jednak była świeca!!! W takim razie zapada decyzja abyśmy we trójkę pojechali do Czech – w to miejsce do którego wiedzieliśmy, że reszta ekipy także dojedzie – czyli do „Piekielnych Dołów” nie daleko miasteczka Mimoń – i tam się ze wszystkimi ponownie spotkamy. No trudno – trochę inaczej miało to wyglądać ale dobrze, że chociaż pchać motorka do Bogatyni nie trzeba będzie – ufff. Zatem zrobiliśmy „w tył zwrot” i przekroczyliśmy z powrotem granicę w Zittau, a następnie pojechaliśmy na przejście do Czech czyli do Hradka. Znów jestem zadowolony, że jednak nie wszystko stracone i że jedziemy przez te Czechy. Na miejscu – w Piekielnych Dołach byliśmy około 13.30. Ciekawie tu jest – szczególnie spodobały mi się te wydrążone w skałach korytarze i komnaty, a także wydłubany w piaskowcu bar.
Dosyć dużo czasu minęło zanim dołączyli do nas pozostali wycieczkowicze, no ale przecież to zrozumiałe, ponieważ jechali przede wszystkim po to aby pozwiedzać góry, skały i skałki w okolicach Oybin oraz inne równie atrakcyjne i ciekawe miejsca, a także zatrzymali się w restauracji na obiad – nie dziwota więc, że w sumie sporo czasu im zeszło... Najważniejsze jednak, że znów (od 15-tej) jesteśmy wszyscy razem i że znów jest wesoło i bardzo przyjemnie. No to teraz pora na kilka wspólnych pamiątkowych zdjęć.
Napoje które zabrałem ze sobą nie cieszyły się zbyt wielkim wzięciem (wiadomo – na miejscu był lepszy wybór) no ale za to, te ugotowane jajka na twardo zrobiły niezłą karierę – dobrze, że je zabrałem ze sobą. Fajnie tak wśród tylu sympatycznych i wesołych osób spędzać czas – znów poczułem się jak za dawnych lat.
Jeszcze długo posiedzieliśmy sobie i pożartowaliśmy, ale w końcu trzeba było ruszyć dalej. Teraz mamy odwiedzić czeską wioskę Vaclavice, w której to w sposób dosyć specyficzny obchodzi się pierwszomajowe święto – ano zobaczymy na czym to polega. Tymczasem jedziemy przez piękne okolice i przy pięknej pogodzie.
Dosyć skomplikowany był dojazd to tej miejscowości ale jakoś trafiliśmy. Tu na miejscu rzeczywiście czas jakby się cofnął... Udekorowane ogrodzenia i transparenty zawieszone nad ulicą, a także wystrój miejsca „głównych obchodów święta”, jako żywo przypominały niedawno minioną epokę. O wyglądzie znajdujących się tam biesiadników – nawet nie wspominam.
Cośmy się tam uśmiali – tośmy się uśmiali. Może i zostałoby się dłużej ale jednak już zaczynało się robić późnawo, a przecież niektórzy musieli wracać do domów znacznie dalej niż ja. Tak więc zbieramy się i ruszamy w drogę powrotną. Bardzo mi się podobała ta dzisiejsza przejażdżka i nawet nie przypuszczałem, że jeszcze dziś spotka mnie kolejna i jakże wyjątkowo przyjemna niespodzianka. Otóż przed pożegnaniem się na tzw. rozstajnych drogach, zjechaliśmy na spory plac na którym – za namową Tadzia – ustawiliśmy motocykle jeden obok drugiego i zrobiliśmy jeszcze jedną wspólną fotografię. Wtedy na spokojnie doliczyłem się dwunastu motorków. Jakiż jednak byłem zaskoczony i jednocześnie wzruszony, gdy tuż po wykonaniu poniższego zdjęcia

podszedł do mnie Tadziu i wręczył mi ładnie oprawioną, podobną fotkę – tyle że czarno-białą no i dokładnie sprzed pięćdziesięciu lat – także z pierwszomajowego święta. Jestem  na tym zdjęciu (piąty od lewej) wśród kolegów i znajomych z którymi także niegdyś urządzaliśmy sobie bliższe i dalsze wypady motocyklowe. To były piękne czasy – ech... Niemniej jednak nawet nie przypuszczałem, że taka fotografia zdołała się jeszcze gdzieś zachować.

Dziś obydwa zdjęcia wiszą w moim mieszkaniu obok siebie na honorowym miejscu. W tym momencie pragnę bardzo podziękować wszystkim Uczestnikom tej pierwszomajowej wycieczki za wspólnie spędzony czas i jednocześnie przeprosić za ten niefortunny, przymusowy postój – to był po prostu pech... Mam jednak nadzieję, że nie byłem tym przysłowiowym „zawalidrogą” i że jeszcze kiedyś mnie na taką „wyprawę” zabierzecie. Życzę Wam wszystkim jeszcze wielu, wielu tak udanych wyjazdów.



pozdrawiam serdecznie
Tomasz Dusza