Piotrek Dusza






W 1876 roku Graham Bell wymyślił telefon, Komandos to takie wino, listonosz puka zawsze dwa razy, a ja mam na imię Piotrek. Tu zaczyna się prawdziwa historia, którą całą znają tylko nieliczni. Zamierzam się podzielić sekretami z mojego prawie 22 - letniego życia. Przygodę z motoryzacją zacząłem w wieku 4 lat od Smyka napędzanego dwiema nogami i to naraz. Historia tego rowerka jest krótka choć burzliwa.

Jako pierwszy do opanowania pojazd, nastręczał mi wielu problemów. Co prawda wyposażony był w dwa boczne kółka, ale myśl technologiczna posunęła się dalej. Do konstrukcji nośnej został doczepiony kij. Kij ten miał za zadanie, poprzez ramię taty, pomóc mi w utrzymaniu prostego toru jazdy. Jak można się spodziewać, nie wiele to dawało bo jeżdżenie ze zdyszanym tatą z tyłu nie dawało satysfakcji. Pewnego razu kij oraz boczne kółka zostały zdemontowane, ja wsiadłem na rowerek. Ponieważ byłem małym chłopcem w pełni zaufany rodzicom, zapytałem: "Czy będziesz mnie trzymał...?", po odpowiedzi twierdzącej "TAK" powoli ruszyłem z "jedyneczki". Szło mi nieźle do momentu, jak zapytałem się: "Trzymasz mnie...?" Zdziwiłem się troszkę jak nikt mi nie odpowiedział obróciłem się, żeby zobaczyć, czy ktoś tam jest... Straciłem kontrolę nad sprzętem, a jedyne co widziałem, to tatę który stał jakieś dwadzieścia metrów dalej, z uśmiechem na ustach "Jedziesz sam!" No i gleba, łzy na twarzy, kolana zdarte, ale sam jechałem. Później to już był pikuś, nie mogłem z niego zejść. JAZDA, JAZDA, JAZDA, JEDZENIE, JAZDA... Od Smyka przeszedłem przez składaka, dwa górale i doszedłem do Simsonka S51. Nauki pobierałem na dziadkowym Simsonie, ale właściwy motor odziedziczyłem po tacie. To było w Bogatyni na ulicy Pocztowej. Nie miałem o tym bladego pojęcia jak to się robi, gdzie tu się wkłada ręce. I znów powoli ruszyłem z "jedyneczki", poszło gładko choć chodnik w większości składał się z nierówności poprzecznych. Jak wiadomo wszystko się kończy chodnik tez, musiałem więc zawrócić. Nie udało mi się to zbytnio bo wjechałem na skarpę, zryłem Leonowi zieleń, ale zawróciłem. Po opanowaniu sztuki poruszania się na dwóch kołach bez pedałowania, razem z moim kuzynem Grześkiem przeszliśmy do opanowywania na Simakach okolicznych zagłębień terenu i wyżyn, zielonych jak dolary.
Nastukaliśmy razem ładnych kilometrów, ale to zaczyn na inną opowieść. Lata mijały. Urosłem troszeczku i nadszedł czas aby przesiąść się na większy rozmiar. W tzw. międzyczasie pozyskałem prawo jazdy. Po głowie chodził mi motocykl pokroju Simsona tyle, żeby był większy. Nie kręciły mnie crossy, choć w błocie raz utonąłem. Szukałem razem z tatą, bo to on mi bakcyla przekazał, po różnych gazetach ogłoszeniach i giełdach.... Była zima 24 grudnia 1999 roku. Siedziałem w domu i do głowy by mi nie przyszło, co zaraz nastąpić miało. Tato położył przede mną książkę obsługi, pamiętam była pomarańczowa, trochę podniszczona a na okładce był motocykl; YAMAHA SR250 SE. Mało tego, do okładki był przyklejony, przeźroczystą taśmą kluczyk. Nie bardzo wiedziałem co się kroi. Tato i mama kazali mi się ubrać i iść do garażu. Szybcikiem się ubrałem i poszedłem, otworzyłem drzwi i oczom moim ukazała się ona! Stała w blasku słońca które nieśmiało wkradało się przez okno. Nie mogłem na początku poczaić co się dzieje, nie mogłem wypowiedzieć słowa, byłem niesamowicie szczęśliwy. Minął okres zwany przez niektórych zimą i nastało lato. Motorek był odpicowany że aż. Ci co znają Tadzia i widzieli to wiedzą o czym mówię. Gmole, oparcie z sissy barem, wszystko ręcznie robione. Kolor był też światowy. Jak go tato przywiózł to był czarny.

Chciałem zmienić kolor na niebieski. Wybrałem farbę z pośród wielu, taka nietuzinkową. Krystian podjął wyzwanie, pomalował, ale farba i tak była inna niż ta którą wybrałem. Po prostu się pomylił. Przez to właśnie kolor był taki wspaniały. Zrobiłem na nim parę tysięcy kilometrów, widziałem większość miejsc, które zobaczyłem z Simsonka, ale jakby z innej, szybszej perspektywy. Podobało mi się niezmiernie, jak mogłem wyprzedzać prawie wszystkich i wszędzie. Uciekałem na nim Policji, później mnie złapali, mało nie zrobił mi dziury w głowie, jak podczas burzy przewrócił się na namiot, w którym spałem, ale woził moją DU(SZ)Ę wszędzie i zawszę.
Któregoś jednak razu rozstałem się z nim. Było to całkiem przypadkowo, na giełdzie we Wrocławiu. Znalazłem na siedzeniu kartkę z numerem telefonu i z napisem "Chętnie kupię". Myślałem, że to z innego motoru przyleciało, ale nie. Zadzwoniłem, kolo był napalony jak toster na grzankę. Cena mu odpowiadała no i przyjechał, zabrał i pojechał. Zostałem jak murzyn, bez... Zleciało parę momentów, mniej lub bardziej ciekawych, znalazłem w internecie następcę YAMAHA XV500 SE. Cud machina! Dwa razy więcej mocy, większy silnik i ogólnie duży. Ogłoszenie było z Niemiec, więc i tam się udaliśmy. Podróż nadaje się aby poświęcić jej osobny rozdział...

Na miejscu zakochałem się, przejechałem się i jeszcze bardziej się zakochałem. Oczywiście remoncik i maszynka zaczęła hulać jak pszczółka na speedzie. Wielkość się przydaje. Poznałem dziewczynę, którą zaraziłem chorobą zmieniającą stan świadomości, po ubraniu się w czarne skóry. Przemierzamy teraz razem kilometry, zostawiając za sobą wszystkie kłopoty i samochody przede wszystkim.
Znów urosłem, apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc nie wiem na czym wyląduje w przyszłości, może na czymś odpowiednim. Moja historyja, krótka bo i krótko stażem jestem ale tu, z tego miejsca chciałbym tak całkiem serio, podziękować przede wszystkim trzem osobom. Tacie, że mnie zaraził i umożliwił mi robić to co mnie pasjonuje  Mamie, że jeździ z tatą, i mojej Dziewczynie, że ja mam z kim jeździć.





Powrót