Leszek Dusza




04.08.1957
    Po długim – trwającym dziewięć miesięcy – okresie wahań, wątpliwości a także niepewności, podjąłem wreszcie pierwszą poważną w życiu decyzję: Tak – dziś przyjdę na świat... Zdecydowałem się to zrobić głównie dlatego aby ulżyć mamie oraz aby mój starszy o dwa lata brat – Rysiek, nie został jedynakiem – głupio tak być jedynakiem...
    Pierwszym obrazem jaki ukazał się przed moimi oczami po tych mrocznych miesiącach niebytu, była rozpromieniona twarz ojca... Początkowo sądziłem, iż to ów czepek na mojej łysej głowie sprawił, że jego radość była aż nadto wymowna lecz – myliłem się... Otóż wkrótce wyszło na jaw, że moje „przyjście” (UWAGA: słowo „przyjść” lub „chodzić” itp. – w zasadzie nigdy mi nie leżało i do dziś go nie lubię...), było ledwie lichą cząstką jego szaleńczej radości, ponieważ właśnie w tym samym dniu, stał się posiadaczem enerdowskiego, nowiuśkiego motocykla marki AVO Simson Sport 425 S. No i tak to się zaczęło...
    Ponieważ Tomasz (czyli mój tato), tygodniami zajęty był codziennym sprawdzaniem odcieni barw i zapachów moich luźnych, zielonkawych kupek, dlatego też pierwsze kilometry na „bracie bliźniaku”, przemierzał jego ojciec czyli mój dziadek Konrad Dusza.

1959
    Pamiętam, że miałem wówczas mokrą pieluszkę, gdy ojciec po raz pierwszy posadził mnie na moim rówieśniku. Czyżby to właśnie w tym momencie opary amoniaku zmieszały się z jakimiś lotnymi oktanami z ołowiowej benzyny i przedostały się do mojego łańcucha genetycznego? Jeśli tak, to już nawet wiadomo przez co się przedostały...

1961
    Jestem już duży, wobec tego rodzice znajdują więcej wolnego czasu, aby zapamiętale rozkoszować się jednocylindrowym sprzętem - upsss... Chusteczka, beretka, nowa oponka – to może być przyczynek do kolejnego potomka... Ogólnie rzecz ujmując, zapewne była to iście udana i twórcza przejażdżka.

1966
    A nie mówiłem?! Od czterech lat mam młodszego brata! – To Tadzinek. Założę się, że jest owocem owego pikniku przy autostradzie. Siadaj tu brachu za mną – pojeździjmy sobie przez chwilę „na sucho”...

1972
    Od jesieni ubiegłego roku, starszy brat Rysiek ma już prawko... Ale po co komu prawo jazdy jeśli ma nosić go tylko w kieszeni? Próbujemy namówić rodziców – mamę było najtrudniej – aby wyrazili nam zgodę na dłuższą w tym roku wyprawę. Jeździć wciąż do Czerwonej Wody na grzyby już nam zbrzydło... Ojciec od razu mówi TAK, mama (Janina) miota się i płacze i niby nie pozwala... Ech –  te kobiety – zawsze tak się zachowują, gdy chodzi o ten pierwszy raz. W końcu jednak pojechaliśmy na wakacje w swą pierwszą podróż – podróż dookoła Polski. Cudowny czas...

1975
    Wreszcie i ja mam prawo jazy na motorek! Długi włos, zarost, maszyna, namiot, Złotniki – koleżanki prężą mięśnie klatki piersiowej – upsss...
   


2001
    Należał się już po latach gruntowny przegląd sędziwemu „awuszkowi”... O dziwo – wystarczyło go prysnąć nowym lakierem, wymienić akumulator i oto dumny tato – „konserwator zabytków”, wita mnie po powrocie ze Zlotu Harley’owców w Wołowie...
 


2002
    A tu aktualizacja danych sprzed trzydziestu sześciu lat... Nie widać żadnej różnicy (no może tylko ubranka i buciki – patrz rok 1966...)


06.03.2002
    Jest to dzień, w którym co prawda nikt mi się nie urodził, a jedynie Tadek obchodził 40-tkę, ale idąc śladami dziadka (jeździł na NSU), a także ojca (wcześniej dosiadał Zűndapp’a) – w dniu 06.03.2002 kupiłem motocykl SUZUKI VZ 800 Marauder, na którym trwam do dziś i mam zamiar już tak pozostać do końca...


2004
Jak widać AVO się nie starzeje – zmieniają się tylko kierowcy. To Grzesiek – już czwarte pokolenie...



01.05.2007
Pomysłodawcą pierwszomajowej przejażdżki (link) był Tadek, a głównymi jej bohaterami – Tato Tomasz, no i oczywiście niestrudzony AWO...

W towarzystwie Przyjaciół, odbyliśmy sentymentalną wycieczkę poprzez malownicze, wiosenne krajobrazy – zarówno po najbliższej nam okolicy, jak i po czeskich oraz niemieckich, pagórkowatych „landszaftach”. Jakiż szczęśliwy był wówczas Ojciec – widzieliśmy to wszyscy i wszyscy podziwialiśmy Go (bądź co bądź 76-ciolatka!!!) za tę jego „młodzieńczą” radość w oczach oraz doskonałą kondycję i sprawność na drodze – za kierownicą pięćdziesięcioletniego „Awuszka”.
To był wspaniały czas, to były niezapomniane chwile… A gdy wydawać mogło by się, że w kolejnych latach mógłbym już tylko spokojnie i z radością oczekiwać na dzień, w którym to na świecie pojawi się kolejny potomek Rodu Duszów – jako spadkobierca owej rodzinnej, „awuszkowej” pasji – okazało się, iż niestety Los, który dotychczas był dla tej wielopokoleniowej tradycji bardzo łaskawy, nagle odwrócił się totalnie


2008

Szóstego sierpnia, pierwszy właściciel motocykla AWO – Tomasz Dusza, na skutek potknięcia się w  trakcie spaceru, uległ bardzo poważnemu wypadkowi…


2009

Po dziesięciu miesiącach, tj. 29 maja pożegnaliśmy Ojca – człowieka, od którego ta historia rozpoczęła się… Za to wszystko – po raz ostatni – Dziękuję Tobie – Tato...


2010

W dniu 07 sierpnia, potężna fala powodziowa przetoczyła się przez Bogatynię, niszcząc wszystko to, co napotkała na swej drodze. Kataklizm nie oszczędził  również mojego domu i przede wszystkim garażu a tym samym, zarówno znajdującego się w nim sędziwego „Awuszka”, jak i jego młodszego „kuzyna” – SUZUKI Marauder’a

Moja rozpacz zdawała się nie mieć końca lecz dzięki ogromnej, niemal natychmiastowej - fantastycznej pomocy, którą otrzymałem od Was – od całej Braci Motocyklistów z krańców południowo-zachodniej Polski, jak i od ogromnej rzeszy Przyjaciół z najodleglejszych zakątków całego naszego Kraju, a także z Zagranicy – obydwa motocykle udało się wyremontować jeszcze tego samego roku… Sprawna SUZI wróciła po naprawie z wrocławskiego Centrum SUZUKI Motor Poland na Nadbrzeżną 15, w przedostatnim dniu października 2010,



natomiast dzięki dolnobrzeskim Przyjaciołom Motocyklistom z Klubu DWL, przepięknie odrestaurowany AWO – gotowy do powrotu był w już listopadzie,

jednak z uwagi na jesienno-zimową aurę, jego przyjazd z Brzegu Dolnego, zaplanowany został na maj roku 2011.


2011
Dwudziestego ósmego maja około godziny 10.00, z Brzegu Dolnego w kierunku Zgorzelca, wyruszył „podejrzany konwój”. Na czele wielkiej kawalkady motocykli, jechał śnieżno-biały BUS wypełniony „tajemniczą zawartością”…




Metą pierwszego z zaplanowanych etapów,  był „Orlen’owski” parking w Zgorzelcu. Niemal w tym samym czasie – lecz od strony Bogatyni – dwóch, odzianych w „skórzaste uniformy ” facetów, jadących na jednym motocyklu, zmierzało dokładnie w kierunku tegoż samego, zgorzeleckiego parkingu. Około południa, obydwie grupy spotkały się w miejscu docelowym. Od tego momentu stało się jasne, że jeden z tych, co to z Bogatyni przyjechali – za moment niewątpliwie posika się z radości… A dlaczego? – Zapyta ktoś… Otóż odpowiedź jest banalnie prosta, mianowicie: Dzisiaj – po dwustu sześćdziesięciu czterech dniach – z tego właśnie miejsca, do garażu przy ulicy

w Bogatyni – o własnych siłach wracał będzie legendarny SIMSON AWO Sport 425 S!!! Jeszcze tylko podest, jeszcze tylko ostrożna „jazda na wstecznym biegu”,



i oto stoi na asfalcie piękny, lśniący motocykl, a jego „grzbietu” – dosiadła istna radość!… A zatem tankujemy i w zasadzie można jechać..



Zanim jednak ruszyliśmy w drugi i jednocześnie ostatni etap, tzn. powrót do Bogatyni (tym razem przez Czechy), uwagę moją zwrócił pewien „ulistniony rekwizyt”, który również przyjechał w białym busie… Na moje pytanie: „A cóż to to za wiecha”?... Dzierżący łodygę młodzieniec w odblaskowej kamizelce, uświadomił mnie, iż na pamiątkę dzisiejszego wydarzenia, Członkowie Klubu DWL, postanowili tę młodą akację zasadzić na moim podwórku, a następnie – co roku, przyjeżdżać i po prostu ją podlewać. Ehhhhh! – Cóż to za wspaniały pomysł!!!

Wycałowałem „gościa” z radości, no i po chwili całą ekipą wyruszyliśmy w kierunku domu… Pogoda piękna, tempo spacerowe. Prowadzę całą grupę i cieszę się jak mały chłopczyk, że wszyscy widzą tylko moje plecy, a nie wzruszoną mordaśkę i jak zwykle załzawione oczy.  Pięknie jechało się widząc w lusterku tak wielu Przyjaciół, a przed sobą pozdrawiające gesty czeskich dzieciaków. I tak, do samego centrum Frydlantu.

Aż tu nagle podjeżdża do mnie Marek Piątek i donośnie woła abym się natychmiast zatrzymał, bo strasznie dymi się za mną. Zjechałem na pobocze, wszyscy jadący za mną również… Rzut oka na silnik i już wiadomo o co chodzi… Zgubiłem korek od wlewu oleju. Moje spodnie, blok silnika i rura wydechowa – wszystko ufajdane w oleju. Korek musiał wypaść jakieś kilkadziesiąt metrów wcześniej ale niestety nie udało się go odnaleźć. A niech to licho weźmie!!!



No trudno, bez korka i oleju dalej jechać się nie da, zatem AWO ponownie ląduje w busie (razem ze mną) i ruszamy stąd.

Tuż za przejściem granicznym, zjeżdżamy na parking przy Zalewie Bogatyńskim, mając nadzieję, że jednak uda się „coś z tym fantem wykombinować”. Oczywiście z olejem nie było żadnego problemu, bo przecież jest go na każdej stacji pełno, dlatego już po 15 minutach miska olejowa była pełna.
(Niestety nie pamiętam już, kto wówczas po niego pojechał i przywiózł – w każdym razie dziękuję Ci Kumplu raz jeszcze!!!). Od teraz, jedynym problemem stał się korek, a właściwie to jego brak. Co gorsza – wszyscy o tym w zasadzie od samego początku wiemy, że jest to przecież rzecz nieosiągalna. Homer – również widząc, że nie ma szans na to, aby AWO samodzielnie dojechał do domu, próbował trochę zażartować aby rozluźnić ten nieco przygaszony nastrój i zadał zgromadzonym przekornie, następujące pytanie: W którym sklepie w tej Bogatyni sprzedają na wagę korki do bloku silnika – do NRD-owskiego motocykla AWO Simson z 1957 roku?... Wszyscy ryknęli śmiechem. A może ktoś z Was ma taki korek przy sobie, najlepiej w kieszeni?... Znów salwa śmiechu… Lecz po chwili – właśnie na to drugie pytanie, ze stoickim spokojem – niemal szeptem odpowiedział Cyryl:
Ja, mam…
Coooooooo taaaaakieeeeegoooooo??????!!!!!......... Wrzasnął Homer, a oczy wszystkich skierowały się na młodego „dowcipnisia” w niebieskich okularach.  No ja mam taki oryginalny korek do bloku silnika enerdowskiego motocykla AWO z 1957 roku i mogę skoczyć do domu i go przywieźć – dodał… Następnie wsiadł pospiesznie na swój motocykl i odjechał… Takiego grupowego zdumienia na twarzach tylu osób jednocześnie – w życiu nie widziałem… Oczywiście, w pierwszej chwili także sądziłem, że Cyryl rzucił tylko kiepskim dowcipem i po prostu „uciekł”, lecz gdy po kilkunastu minutach wrócił z oryginalnym korkiem od enerdowskiego motocykla AWO Simson z 1957 roku, to wszystkim nam szczeny poopadały do samej ziemi, a szał radości trwał do białego rana!!!! Dzięki Cyrylku!!! Jesteś Wielki!!!
Tymczasem, Marek Piątek – no bo któż inny, jak nie on – migiem załatał korkiem dziurę, zrobił krótką jazdę próbną,
nu i paszli dalsze w pierjod!!! Urrrraaaaa!!!! Urrrraaaa!!! Urrrraaaa!!!
Runda przez całą Bogatynię była zarombista, ponieważ „policyjnych” klaksonów, niebiesko-czerwonych kogutów i ryków silników tak głośnych – dawno już w tym mieście nie słyszano i nie widziano… Wreszcie, przeszczęśliwi przyjechaliśmy do domu…



I w ten oto sposób, historia AWO Simsona zatoczyła kolejne – tym razem, szczęśliwe koło…

Na pamiątkę tego doniosłego wydarzenia, wspólnie zasadziliśmy przywiezioną akację, nadając jej dostojne imię: „Drzewo DWL”…



Od tego dnia, spotykamy się co roku na okoliczność –  wiosennego „Podlewania”, a od niedawna – także jesiennego „Ogacania Drzewa DWL”…
Dziękuję Wam Kochani za pomoc i za to wszystko co pięknego zrobiliście zarówno dla mnie podczas powodzi, jak i przede wszystkim dla tej szczęśliwie zakończonej historii motocykla AWO SIMSON Sport 425 S


PS
Pełną foto-relację zarówno z wyżej wymienionego spotkania jak i z kolejnych „podlewań i ogacań”, będę zamieszczał sukcesywnie w zakładce: „Bliskie spotkania III stopnia




Dziękuję za uwagę i pozdrawiam serdecznie
Leszek Dusza











Powrót