Grzegorz Mosiński
"mosiu"







Urodziłem się w trudnych ciężkich czasach tzn. między Strajkami w Poznaniu, a przed wybuchem Powstania w Budapeszcie, dokładnie 16-10-1956 roku. Urodziłem się nie dlatego iż nie miałem innego wyjścia, ale po to byście mogli mieć fajnego kumpla. Podobno jeszcze nie zacząłem chodzić kiedy wsadzono mnie na kanapę Jawy. Zaliczyłem też kilka przejażdżek siedząc przed ojcem z tyłkiem na zbiorniku i to jest ta weselsza część wspomnień motocykla w moim dzieciństwie. W 1961 roku ojciec zginął w wypadku jadąc tą sama Jawą która nam dzieciakom dostarczała tyle radości. I tu właśnie powinien nastąpić koniec mojej przygody z motocyklami, przygody która właściwie się jeszcze dobrze nie zaczęła. Zrozumiałe było że w mojej rodzinie motocykl stał się tematem tabu, a na moją mamę samo słowo "motocykl" działało jak płachta na byka. Jakby na przekór wszystkiemu, mnie bardzo interesowało wszystko co ma silnik i dlaczego potrafi się poruszać. Będąc bardzo młodym człowiekiem, pracowałem trochę (trzeba było wcześnie wstawać) i kupiłem rozklekotanego komara. Oczywiście nie mogłem trzymać go domu, więc „garażowałem” u kumpla. Hmm... jaki ja byłem dumny mając 13 lat, miałem SWOJEGO bike’a. Mały bo mały, ale był. Później były szkoły średnie (były - bo uczęszczałem do kilku). W czasie nauki w szkole samochodowej poznałem rezydenta Domu Rencisty p. Władeczka. A on miał to NSU – Adler 250

Sam właściciel nie mógł już jeździć, miał problemy z wyprowadzeniem sprzęta z szopy-garażu. Ja natomiast bardzo chętnie czyściłem i chuchałem na to cudo. Używałem go tak jakby to było moje moto choć jeszcze nawet prawka nie miałem. Trochę to trwało  nawinąłem mim sporo kilometrów aż do momentu kiedy jakiś "życzliwy" koleś doniósł o wszystkim mojej mamie, a potem... ech szkoda słów. Kiedyś jednak następuje taka chwila że wkracza się w dorosłe życie. Więc jako dorosły pracujący człowiek kupiłem – no co mogłem kupić w 1977 roku? Kupiłem Jawe.

Nawet jak pamiętam niewiele za nią dałem, przejąłem ja od bliskiego kolegi. Służyła mi dobrze wprawdzie nie byłem na jakiejś długiej wyprawie ale sporo zrobiłem po lokalnych drogach. Problem był tylko z garażowaniem, ponieważ mieszkałem na sublokatorce i nie bardzo miałem gdzie trzymać to moje moto. Rodzinka jednak patrzyła trochę nieprzychylnie na to moje cudo. Moja żona niby za bardzo nie nalegała abym się go pozbył, tylko mówiła że nie lubi jeździć motorkiem. Po pewnym czasie poddałem się i sprzedałem sprzęcik kolesiowi z pracy. Patrząc z innej strony to nie bardzo miałem czas na jazdę motorkiem. Prace miałem taką że całymi dniami byłem poza domem a w sezonie to brakowało czasu nawet na sen - jeździłem autobusem w naszej matce Elektrowni. Nie znaczy to wcale ze nie chciałem już mieć motorka, a wręcz przeciwnie z wielką zazdrością patrzyłem na jeźdźców w skórach pomykających błyszczącymi maszynami. Czas jak rzeka płynął i płynął. Zmieniłem pracę, miałem więcej wolnego czasu zajmowałem się różnościami: chodziłem w górki, pływałem kajaczkiem, jeździłem rowerkiem, grałem namiętnie w brydża sportowego, zimą narty, basen, niby dużo, ale czegoś brakowało. Przyszedł sierpień 2004 roku, namówiłem kolegów na wypad ROWERKIEM do Szklarskiej Poręby, wiadomo po co, chciałem obejrzeć parę motorków, a tam akurat był zlot. Właśnie ZLOT MOTOCYKLOWY –  na górnym parkingu przy samym wjeździe stali motocykliści z Bogatyni i okolic . Pogadałem chwile z Solkiem, reszty nie znałem wówczas........ i jak zobaczyłem zadowolone, sympatyczne, roześmiane „gęby” biker’ów z moich stron, którzy troszkę z góry patrzyli na faceta w obcisłych gatkach rowerowych -  coś we mnie pękło. Postanowiłem, więcej przyrzekłem sobie że w następnym roku na TYM zlocie pojawię się z własnym motocyklem. Oczywiście nikt oprócz mnie o tym nie wiedział. Słowa należy dotrzymywać, a słowo dane samemu sobie BEZWARUNKOWO musi być dotrzymane. W kwietniu 2005 roczku kupiłem w niemcowie Kawaski VN-800. Myślałem: no nareszcie „złapałem Bozie za nóżki” , jak zobaczyłem Kawę u niemiaszka na podwórku to ogłuchłem i oślepłem, wiedziałem tylko że muszę zabrać go do domu.

Przejeździłem sezon – POJECHAŁEM NA ZLOT DO SZKLARSKIEJ (lało jak diabli).Niby wszystko ok. tylko.... Tadek Dusza posłuchał, popatrzył i wydał wyrok: "albo go szybko sprzedasz , albo"........... Jednak wybrałem to drugie albo czyli remont kapitalny silnika. Na szczęście dla mnie i Vulcana za remont wziął się najlepszy motorkowy Doktor czyli wspomniany Tadziu Dusza i reanimował, dosłownie reanimował moją maszynę. Sezon  2006 to już inna bajka. Jak jechaliśmy w grupie kilku mruczących motorków naszej Bogatyńskiej paczki motocyklowej to jak mawia Marek Piątek: ”myślałem że osram się ze szczęścia”. Widzicie jaki zadowolony!! A jaki dumny!!!
Kończąc powiem tyle: pieszo przeszedłem nasze górki od Krzemienia po Zawidów, kajakiem przepłynąłem ponad 10 000km, rowerkiem dobrze ponad 30 000 km, ale nic nie daje takiego poczucia wolności, takiej przyjemności i tyle zadowolenia jak jazda na moto. I to jazda dla samej jazdy bez konkretnego celu bez ustalonej mety. A więc lewa w górę i do zobaczenia na trasie.


mosiu

 

 

 



Powrót